Od dawna powtarzam, że w głębi serca jestem wieśniaczką. Duże miasta okropnie mnie przytłaczają, męczą i (co tu dużo mówić) wnerwiają na tyle, że czym prędzej mam ochotę z nich uciekać. O ile jestem jeszcze w stanie zdzierżyć Kraków i siódmy rok wieść z nim (toksyczny co prawda, ale jednak) związek, o tyle szczerze nie znoszę Warszawy i z każdą wizytą w niej uczucie to się pogłębia. I nie, nie mam nic do stolicy i nie mam zielonego pojęcia, o co kaman w konflikcie, który panuje między tymi miastami. Gdyby Toruń, czy Gdańsk wyglądały tak, jak Warszawa, to nie lubiłabym ich dokładnie tak samo.

Piszę o tym dlatego, że tuż przed wyjazdem w Pieniny pojechałam na dwa dni na Targi Książki, które to właśnie w Warszawie się odbywały. Na targach, jakichkolwiek, fajnie jest być przez godzinę i potem iść sobie do domu, ale kiedy człowiek spędza tam czas od rana do wieczora, to jest to przeżycie traumatyczne. A przynajmniej dla mnie jest. I gdyby nie to, że udałyśmy się tam w ramach współpracy z pewną firmą, to w życiu bym się na tak szalony czyn nie porwała, bo jedynym miejscem, w którym toleruję dzikie tłumy jest Woodstock. Ale Woodstock to zupełnie inna rzeczywistość.

Małe Pieniny, fot. Joanna Osoba / Kurs Przewodników Beskidzkich SKPG Kraków 2014/2016

Do Krakowa dotarłyśmy grubo po północy. Kiedy Fafik przy postoju na fajkę powiedziała mi, że mam tak przekrwione oczy, jakbym tydzień chlała, stwierdziłam, że pierdzielę i na pierwszy dzień Pienin nie jadę. Jak pomyślałam, tak uczyniłam i kiedy się wyspałam, spłynęła na mnie błoga świadomość, że najbliższy dzień spędzę w górach. Wpakowałyśmy się po południu do samochodu, wraz z dwoma innymi dezerterkami, i pomknęłyśmy do Szczawnicy, zatrzymując się po drodze w Krościenku nad Dunajcem, by zobaczyć w jednym z kościołów diabły z wielkimi penisami (było zamknięte) i zjeść lody u Marysi (hint: te same lody można kupić w filii na Karmelickiej w Krakowie, polecam, bo są przepyszne!).

Ten wyjazd był piękny, bo prosto po lodach niemal od razu wbiłyśmy na imprezę przy ognisku, na której to odśpiewaliśmy Hymn Flisaków i zaprawdę, powiadam Wam, nie chcielibyście tego słuchać na trzeźwo. Świetnie bawiliśmy się do późnych godzin nocnych i kiedy nastawiałam budzik, ze zgrozą patrzyłam na cyferki, które sugerowały, jakoby do pobudki były zaledwie dwie i pół godziny. Dramatycznej sytuacji nie poprawiał fakt, że w domku, w którym spaliśmy, pizgało złem i nie mogłam zasnąć, bo mną telepało. Kiedy rano, w trybie zombie, przywlekłam się do schroniska, wszyscy nucili pod nosem Hymn Flisaków, od którego nie mogliśmy się potem uwolnić przez cały dzień.

Małe Pieniny, fot. Robert Zieliński / Kurs Przewodników Beskidzkich SKPG Kraków 2014/2016

Szalenie lubię niebieski szlak graniczny przez Szafranówkę, którym sobie szliśmy. Miałam okazję szlajać się po nim we wrześniu ubiegłego roku, kiedy (oczywiście) zgubiliśmy się, a nikt z nas nie wiedział, co też widać przed nami, za nami i z boku. Kurs Przewodnika skutecznie leczy z tej błogiej nieświadomości, nie tylko jeżeli chodzi o panoramy, ale też o zwierzęta i rośliny napotykane po drodze. I tak np. można dowiedzieć się, że tylko w Pieninach żyje (bardzo ładny, skądinąd) motyl Niepylak apollo, którego larwy żyją na rozchodnikach wielkich albo że kopytnik pospolity, niepozorna roślina, w medycynie ludowej wykorzystywany był do amatorskich aborcji (nie próbujcie tego w domu). Że o rozpoznawaniu zwierzęcych odchodów nie wspomnę.

Małe Pieniny, fot. Robert Zieliński / Kurs Przewodników Beskidzkich SKPG Kraków 2014/2016

Po drodze spotkaliśmy owce. Kiedy byłam tam poprzednim razem, też spotkaliśmy owce. Kto wie, być może były to nawet te same owce, co wtedy. Owce są spoko i jeżeli kiedyś miałabym coś hodować, to (zaraz po alpakach) byłyby to właśnie owce. Kawałek dalej leżała krowa, która miała na nas totalnie wywalone. Jej widok wyzwolił we mnie ogromną potrzebę zjedzenia burgera, którą to zachciankę postanowiłyśmy zrealizować w drodze powrotnej, zahaczając o Maca. Wyznaję zasadę, że na wyjeździe się nie liczy i nawet najgorszy syf wrzucony w żołądek nie wywołuje wtedy żadnych konsekwencji zdrowotnych. Serio.

Małe Pieniny, fot. Robert Zieliński / Kurs Przewodników Beskidzkich SKPG Kraków 2014/2016

Pewnie myślicie sobie, że ta zielona trawa jest taka zielona tylko dlatego, że Was tam nie ma, albo że to jakiś śmieszny trik w Fotoszopie, ale nie. Tam wszystko naprawdę było tak dziko zielone i jaram się tym, jak schroniska w Beskidach, bo maj to zdecydowanie mój najulubieńszy miesiąc w roku, kiedy ta zieleń, po zimowym smutku, ciągle wydaje się szalenie abstrakcyjna, jakby nagle człowiek znalazł się na tapecie Windowsa. Wiecie, której. Drugim fajnym okresem jest koniec września i początek października, bo wtedy wszystko zaczyna umierać i bezkarnie można popadać sobie w melancholię. Wędrowaliśmy zatem tym niebieskim szlakiem, a ja się czułam absolutnie szczęśliwa i doświadczałam jak przebywanie na łonie natury powoli wypiera traumę przebywania w Warszawie, którą przetrwałam tylko dlatego, że noc z czwartku na piątek spędziłam u Martyny. Martyna nakarmiła mnie bułą z czosnkiem niedźwiedzim, łososiem i kiełkami, a połączenie tych smaków śni mi się po nocach do dziś, albowiem jedzenie stanowi jeden z głównych sensów mojego istnienia i zdecydowanie żyję, żeby jeść, a nie jem, żeby żyć.

Małe Pieniny, fot. Robert Zieliński / Kurs Przewodników Beskidzkich SKPG Kraków 2014/2016

Podczas dwóch dni spędzonych w stolicy wypowiedziałam więcej słów, niż podczas ostatniego miesiąca, co dla osoby, która generalnie nie lubi obcych ludzi, a jeszcze bardziej nie lubi z nimi rozmawiać, było strasznie męczące. Na szczęście na wyjeździe, poza tym, że musiałam mówić, gdy przejmowałam grupę, do wydobywania z siebie dźwięków nikt mnie nie zmuszał, więc zagłębiałam się w świat swoich myśli i było mi z tym bardzo dobrze. Po drodze wymyśliłam kilka fajnych rzeczy związanych z projektem, który wpadł mi ostatnio do głowy i mam nadzieję, że za jakiś czas w pełnej krasie będę mogła go objawić światu.

Małe Pieniny, fot. Robert Zieliński / Kurs Przewodników Beskidzkich SKPG Kraków 2014/2016

Z niebieskiego szlaku zleźliśmy na szlak zielony, który poprowadził nas do Wąwozu Homole. Ostatni raz byłam w nim chyba w czasach podstawówki, na wycieczce, z której pamiętam tylko tyle, że była tam sterta kamieni. I była, zaiste. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że kamienie te to wapienie i że kiedy poleje się je kwasem solnym, to zaczynają się „burzyć” i wcale nie chodzi o to, że zaczynają rzucać „kurwami”, ale najzwyczajniej w świecie robi się na nich taka pianka. Zrobiliśmy eksperyment i faktycznie, zaszła reakcja chemiczna. Strasznie przy tym śmierdziało, ale za to teraz możemy powiedzieć, że mamy fotkę po kwasie.

Powoli zbliżają się wakacje. Do sierpnia jeszcze trochę czasu, ale jeżeli jego początkiem planujecie jakieś wolne, to serdecznie zapraszam Was na bazę namiotową na Radocynie, na której to będę odbywała swoje praktyki. Nie mogę się ich już doczekać. Do zobaczenia! 🙂

  • Widok krowy wyzwolił ochotę na burgera :))))

  • Bartłomiej Kowynia

    od czasu do czasu tu do Ciebie trafiam, ale nie wiem ki diabeł mnie przywiał w tym momencie. Dzięki za ten tekst, jest mi po nim jakoś lepiej!

    • Cieszę się niezmiernie, to dobrze, jak człowiekowi lepiej! 🙂