Miejsca

Kostrzyn nad Odrą: 20. Przystanek Woodstock – Woodstock Festival

By 4 sierpnia 2014 25 komentarzy

Wyznaję zasadę, że kto raz pojedzie na Woodstock, ten będzie chciał tam wracać już zawsze. Pierwszy raz na legendarny festiwal dotarłam dopiero dwa lata temu i z miejsca się zakochałam: w niesamowitej atmosferze, uśmiechniętych ludziach i totalnym oderwaniu od rzeczywistości, do której potem bardzo ciężko się wraca. Kiedy więc znajomy zaproponował mi, żebym przyłączyła się do samochodu, którym zamierza się tam udać, pełna entuzjazmu zgodziłam się i zaczęłam przebierać z niecierpliwości nogami, odliczając dni do końca lipca.

Moja radość, że to zaraz, już, teraz! prysła jak bańka mydlana, gdy dwa dni przed planowanym wyjazdem dowiedziałam się, że ekipa, z którą miałam jechać, ostatecznie zrezygnowała i krótko mówiąc: jestem w dupie. Najpierw się wkurzyłam, a potem zadumałam nad swoim losem. Wiedzieć Wam bowiem trzeba, że gdy napotykam na swej drodze problem, najskuteczniej działają na mnie dwie metody: albo mnie trzeba opieprzyć, albo z tym problemem zostawić i po chwili sama znajduję najlepsze rozwiązanie. Ponieważ nie miałam pod ręką nikogo, kto mógłby na mnie nakrzyczeć, jęłam przetwarzać w głowie różne fakty i ostatecznie wpadłam na genialny pomysł przejechania ponad 500 km autostopem. Ponieważ nie chciałam stopować sama, przeszperałam ogłoszenia na jednym z Woodstockowych wydarzeń i już po chwili obgadywaliśmy z Kacprem trasę naszej podróży, dochodząc ostatecznie do wniosku, że zrobimy sobie przystanek na noc we Wrocławiu, do którego w pierwszym etapie doturlamy się Polskim Busem. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Na miejscu przejęła nas Marika, która miała dołączyć do mnie w piątek i której obiecałam miejsce w moim namiotowym apartamencie. Zrzuciliśmy graty i ochoczo ruszyliśmy do Kurczaka, gdzie wlaliśmy w siebie spore ilości owocowych koktajli a następnie podreptaliśmy na wrocławski rynek, by powiedzieć mu Cześć! i wypić w środku nocy kawę.

1

Rano (wcale nie skoro świt, bo oczywiście nie zwlekliśmy się tak wcześnie, jak planowaliśmy) udaliśmy się na wylotówkę z Wrocławia na Legnicę i (zabierając po drodze kartony po piwie z Żabki) przystanęliśmy na poboczu, wyciągając na zmianę kciuka. Szum przejeżdżających obok samochodów, wiatr we włosach oraz myśl, że oto kolejna przygoda przede mną, sprawiły, że zaraz odechciało mi się spać i zaczęłam zacieszać, jakbym wygrała los na loterii życia (no a nie?). Nie minęło pięć minut i mknęliśmy na Lubin z chłopakiem, który również zmierzał na Woodstock, ale miał po drodze zgarnąć kilka innych osób, więc niestety nie mógł dowieźć nas na miejsce. Nie zrażeni tym faktem wesoło rozprawialiśmy o autostopowych przygodach, a ponieważ chłopak sam zwiedził w ten sposób kawał świata, bez pytania wywiózł nas za miasto i pomógł znaleźć dobre miejsce do łapania kolejnych aut, nie zważając na stan swojego prawie pustego już baku.

2

Przez 40 minut nikt nam się nie zatrzymał, więc trzasnęliśmy sobie pamiątkowe selfie z kartonem i raźno ruszyliśmy przed siebie w poszukiwaniu najbliższej stacji benzynowej, która majaczyła na horyzoncie, ale wcale się nie przybliżała. Już miałam stwierdzić, że to omamy wzrokowe z gorąca, kiedy nagle do niej dotarliśmy i okazało się, że mamy konkurencję w postaci innej, posuniętej nieco w wieku, pary, która również podąża w tym samym kierunku. Po wymianie informacji skąd kto jedzie i który raz będzie na festiwalu, faceci wdali się w dyskusję pt. medycyna naturalna vs. medycyna konwencjonalna, która oczywiście nie doprowadziła do żadnych sensownych wniosków. Kiedy rozmowa skręciła w stwierdzenie, że media kłamią (też mi nowość) a pan wyrzuciwszy je z siebie z oburzeniem popadł w mentorski ton i zaczął przedstawiać nam swoje jedynie słuszne poglądy na temat otaczającej nas rzeczywistości, postanowiliśmy się ewakuować i ruszyliśmy z powrotem na trasę. Chwilę potem już siedzieliśmy w samochodzie Marzeny, która również jechała na Woodstock i przyjechała na niego z Danii, zahaczając o rodzinny Wrocław.

3

Kilka godzin później już ściskałam się z Włóczykijem, który z misji znalezienia najlepszej miejscówki na świecie wywiązał się doskonale i tak oto mój namiotowy domek stanął pod lasem na górce Akademii Sztuk Przepięknych. Wieczorem dotarła do nas Eve Marie wraz ze swoimi islandzkimi opowieściami i siedząc na pelerynie (akurat jak założyłam to przestało padać) snuliśmy opowieści o podróżach i o tym tym, co się komu marzy, a w tle śpiewała Kasia Kowalska. Rano do mojego namiotu zajrzało Słońce i powiedziało, że pora już wstawać, bo szkoda dnia.

4

7

Lokalizacja blisko ASP szalenie mnie ucieszyła, bo jedyną rzeczą, której żałowałam po poprzednim Woodstocku było to, że nie wykorzystałam w pełni oferty warsztatowej, która jest bardzo szeroka i generalnie przez cały dzień, zanim zaczną się koncerty, jest co robić. Ba, jest tego tyle, że przydałaby się zdolność bilokacji, bo wiele spotkań odbywa się w tym samym czasie i aż żal, że nie można być na nich równocześnie. Warsztaty dredowe, ceramiczne, ekologiczne, antydyskryminacyjne, beatboxowe, outdoorowe, gitarowe, motywacyjne, psychologiczne, podróżnicze czy związane z działalnością w Internecie to tylko nieliczne z tych, w których można było wziąć udział. Starałam się zaglądać tam, gdzie działo się coś ciekawego i takim oto sposobem trafiłam na przykład na jogę śmiechu (chodziliśmy po namiocie rozciągając ciało i zaśmiewając się radośnie), przy okazji której spotkałam Patryka z Paragonu z podróży.

6

Jeżeli chodzi o spotkania z gośćmi w głównym namiocie ASP, to czekałam na kilka. Jednym z nich było spotkanie z Bogusiem Lindą, który jest moją platoniczną miłością i nie mogłam sobie odpuścić posłuchania go na żywo i powzdychania z zachwytem. Szalenie podobało mi się również spotkanie z ks. Wojciechem Lemańskim, reprezentującym bardzo rozsądny głos polskiego kościoła oraz spotkanie z chłopakami z Budki Suflera, którzy dali świetny koncert a „Jolka” na kilkaset tysięcy gardeł dźwięczy mi w głowie do dziś. Chciałabym za kilkadziesiąt lat mieć w sobie tyle pasji, radości z tego, co robię oraz zaangażowania, co oni. Rozważałam, czy aby nie zakochać się platonicznie w ich perkusiście, Tomaszu Zeliszewskim, bo to, co wyczyniał na garach było mistrzostwem świata, ale zespół odchodzi w tym roku na zasłużoną emeryturę, więc doszłam do wniosku, że to bez sensu. Z powodu sentymentów poszłam natomiast na spotkanie z Rogucem, którego skrycie kochałam przez całą moją młodość i tylko z tego powodu wybaczyłam mu jego nowy, dziwny image z wąsem a la Mietek.

5

O 15:00 Jurek oficjalnie otworzył Festiwal i się zaczęło! Tłum falujących ciał, koncerty, głośna muzyka, dzikie tańce, późne chodzenie spać, wracanie po ciemku do namiotu, tak, żeby się nie zabić na linkach od innych namiotów, nie wpaść w dołek, który nie wiedzieć czemu był na środku drogi i złapać choć trochę energii przed kolejnym dniem pełnym piąteczek do przybicia, ludzi do przytulenia i miejsc do odwiedzenia.

8

9

10

Z niecierpliwością czekałam na piątek i koncert Lao Che, które wielbię niezmiernie i cenię za całokształt twórczości. Po fantastycznej 1,5h zostałam psychofanką zespołu a Spięty wskoczył na pierwsze miejsce moich platonicznych miłości, deklasując Bogusia Lindę, który od dłuższego czasu bardzo mocno się tam trzymał. Znalazłam dzisiaj nawet nagranie z tego koncertu, którym jaram się od samego rana. Jest tu. Doprawdy, ta nowa fryzura Spiętego jest boska.

14

12

15

Jest jeszcze jedno miejsce, które koniecznie należy obowiązkowo odwiedzić, będąc na Woodzie. Pokojowa Wioska Kryszny i przepyszne jedzenie, którego trzeba w niej spróbować. Słodka Kulka Mocy, czyli halawa, ryż z curry, dhal i chrupiące placki z kminkiem rozwalają system, są tanie i jedną porcją można się najeść w dwie osoby. Krysznowcy są kolorowi, weseli i rozśpiewani i bujają się po placu festiwalowym wielkim namiotem na kółkach, który widać z daleka.

16

Podczas zeszłorocznego Blog Forum Gdańsk, gdzie jednym z prelegentów był Jurek Owsiak, zrodziła się idea APrzypinki, czyli powszechnego spisu ludzi, którzy nie mają focha. Jurek chwilę później obiecał, że wszyscy aprzypinkowcy, którzy pojawią się na Woodstocku, będą mogli wejść na Dużą Scenę i pomachać do ludzi. I słowa dotrzymał. W sobotę w Kostrzynie zjawiła się moja matka w blogu, Bazyl Lia, odpowiedzialna za całe zamieszanie, która miała nas wprowadzić na scenę w przerwie między kolejnymi zespołami. No i weszliśmy!

19

18

Kolejnym koncertem, na który czekałam, był występ Jelonka, którego widziałam już kilka razy w akcji  i mam podejrzenia, że oddał duszę Diabłu w zamian za to, co wyprawia na tych swoich skrzypkach i jak potrafi porwać publiczność. Młynek, ścianka, wężyk. Tłum szalał a ja cieszyłam japę wczuwając się w muzykę, podrasowaną dodatkowo przez Orkiestrę Filharmonii Gorzowskiej. Roguc wygląda teraz dziwnie, ale ciągle świetnie śpiewa i przylazły na niego dzikie tłumy, ponoć większe niż były na koncercie  The Prodigy kilka lat temu. Sto tysięcy jednakowych miast zagrane na bis łapało mnie za serce i wzruszało tak samo, jak w czasie młodzieńczych lat, potęgując wewnętrzny smutek, że zaraz to wszystko się skończy i trzeba będzie wracać do domu, czekać rok na kolejny Przystanek i odliczać dni.

20

To tylko kilka szybkich wspomnień, chwil złapanych w locie, najbardziej intensywnych przeżyć, które zabrałam ze sobą i dorzuciłam do worka wspomnień. Woodstock to parę dni wypełnionych funkcjonowaniem na wysokich obrotach po to, by wchłonąć z niego jak najwięcej, nacieszyć się byciem w zupełnie innym świecie radosnych ludzi, dźwięków przeszywających ciało i psychicznego relaksu, mimo zmęczenia ciała. To parę dni, które siedzą w człowieku przez długi czas, do których się wraca i które się wspomina z uśmiechem na ustach obiecując sobie, że będzie się tam za rok. Do zobaczenia, Woodstock!

21

  • Cholera, jakoś ominęła mnie faza na Comę i nigdy się w nich nie zakochałam. I tym sposobem na koncercie mi za bardzo nie zależało (tym bardziej, że Roguc wygląda CO NAJMNIEJ dziwnie), więc słuchałam z namiotu, a na ASP zaspałam bez żalu. Dotarłam na sam koniec i miałam wrażenie, że trochę się mądrzy…

    • E tam, jak dla mnie właśnie gadał całkiem z sensem. Obok mnie na koncercie stał jakiś koleś. Przez długi, długi czas na telebimach pokazywali gitarzystą i gdy nagle pojawił się na nich Roguc z czymś różowym na powiekach i policzkach, koleś zareagował facepalmem i to chyba najlepiej podsumowuje jego nowy wygląd ;). Ja z Comy już dawno wyrosłam i słucham bardzo z dopadu, ale lubię Roguca jako artystę, choć nie ukrywam, że bardziej do mnie trafia jego wczesna twórczość, niż obecna.

      • Nie no, nie twierdzę, że nie gadał z sensem, tym bardziej, że nie słyszałam całości 🙂 Ale nie chwycił mnie za serce jakoś 😉

        • A co Ci się najbardziej podobało? 🙂

          • Na ASP Czubaszek i Boguś (na Lemańskiego nie dotarłam i teraz żałuję w sumie…), Budka z założenia, bo ich kocham, przy czym ja bardziej zwracam swoją platoniczną miłość ku Romualdowi Lipko 😀 aktorzy Teatru 6. Piętro też całkiem fajnie wypadli, ale siedziałam na zewnątrz i przegrali w którymś momencie ze strażą pożarną 😉 A z koncertów to poza Budką… Lao Che genialne <3

  • Do przytulenia! Tym razem Ty wybierasz miejscówkę! No i musimy się wcześniej zaopatrzyć … 🙂 Dzięki wielkie za te kilka niesamowitych dni! :* Ślę przytul!

    • Tak, za rok, o ile mnie gdzieś nie pogna, zamierzam tam doturlać się wcześniej. Ale jak dla mnie możemy znowu obozować pod laskiem, było idealnie! Dzięki również, szalenie miło było Cię w końcu poznać <3. Odprzytulam!

  • Michał Środek

    Justyna, nie martw się – jeszcze tylko 358 dni!

  • Nigdy nie była, może za bardzo boję się uzależnić? 😛

  • Woodstock był mega niesamowity i strasznie się cieszę, że udało mi się na Ciebie i Włóczykija kilka razy wpaść pośród tych 750 tys. osób. A potem mi padł telefon… 😀

    • Też się cieszę i z namiastki Twoich islandzkich opowieści, narobiłaś ochoty! 🙂

  • Strasznie zazdroszczę! Sama już od 3 lat się wybieram na ten Woodstock i coś nie mogę dojechać 😛

  • Śledziłam woodstock twoimi instagramowymi oczami, świetnie przeczytać teraz tekstowe dopełnienie! (:

    • To tylko mały wyrywek, o całości można by napisać książkę :D.

  • Byłam chyba z 5 razy, Pierwszy raz jeszcze w liceum. Mam nadzieję że jeszcze kiedyś tam dotrę…może jak córeczka podrośnie;) Fajnie powspominać

    • Widziałam tam mnóstwo dzieciaków, świetnie się bawiły 🙂

  • Jak to fajnie być z Kostrzyna 😉

    • Zazdrość, nie musisz się bujać przez pół Polski. Ale w góry daleko, więc chyba bym ich jednak nie zamieniła 🙂

  • Też na mojego pierwszego Wooda jechałam dwa lata temu, też autostopem i też się z miejsca zakochałam w tym wydarzeniu 🙂 Żałuję, że nie dotarłam tam w tym roku, ale przynajmniej za rok będzie lepiej ‚smakowało’! 😉

  • Ania

    Co roku obiecuję sobie, że pojadę i co roku jestem wtedy na innym krańcu Polski. Ale za rok zrobię wszystko, żeby wreszcie dotrzeć 🙂