Codziennik

Żyję z dala od zgiełku

By 24 lutego 2020 No Comments

Żyję z dala od zgiełku. Kiedy zdarza mi się przyjeżdżać do Krakowa, myślę sobie o tym, że największą karą byłoby dla mnie zamieszkać tutaj ponownie i chłonąć tę potworną ilość bodźców, która wykańcza mnie obecnie w ciągu dwóch weekendowych dni. Miałam wszystko: karierę w branży marketingowej, która po 10 latach zbierania doświadczeń, doprowadziła mnie w końcu do pracy ze świetnymi ludźmi, za bardzo dobre pieniądze, z perspektywą ciekawych projektów, które realnie zmieniają życie na zupełnie codziennym poziomie. Nie miałam niczego: budując swoje życie zawodowe w oparciu o wertykalny model specjalizacji w pewnym momencie zorientowałam się, że wchodzę po drabinie, która prowadzi donikąd. Rzuciłam wielkie miasto i zamieszkałam blisko natury, bo jawiła mi się jako ostatnia deska ratunku, która pozwoli zwolnić i nie oszaleć w dzikim pędzie. Opuściłam rzeczywistość, która ukształtowała moje wyobrażenia na temat siebie samej, innych, świata, zostawiając za sobą wszystko, co kiedykolwiek było mi bliskie. Dopiero tutaj, na prowincji – gdy znalazłam w sobie odwagę, by zacząć odpuszczać – poczułam, jak wielki stres towarzyszy tej zmianie, a do głosu dochodzą uśpione lęki.

Piszę o tym, bo czytając swoją własną opowieść – zredagowaną na podstawie ponad godzinnego wywiadu – zdałam sobie sprawę, że to nie jest cała prawda. Że ten powrót – w góry, do samej siebie – doskonale wpisuje się w pewną współczesną narrację, która jest atrakcyjna i pociągająca. Że – chcąc, nie chcąc – to historia jednostronna, która, fakt, jest historią powrotu szczęśliwego, ale okupionego rozbiciem się o totalny rozpad samej siebie. To nie są gorzkie żale. Raczej refleksja o tym, że końcowy efekt to tylko mała część drogi.

Żyję z dala od zgiełku. Mam wszystko: miłość, pasję, coraz bardziej otwarte serce. Rzuciłam wielkie miasto i mieszkam na prowincji – blisko codzienności, która jest mniej spektakularna niż ta w wielkim mieście, ale wystarczająco dobra, żeby zapuszczać w niej korzenie. Dopiero kiedy zaufałam intuicji, poczułam, jak stres odpuszcza, a do głosu dochodzą uśpione marzenia.

Moja wędrówka z wielkiego miasta w Beskidy trwała ponad 5 lat.

To bardzo dużo. To bardzo mało.

Za zainteresowanie moją historią i sympatyczną rozmowę dziękuję magazynowi Claudia.