Filozofia podróży

Filozofia podróży: Moja droga

By 2 kwietnia 2014 4 komentarze

Zadziwiające, jak dobrze fizyczna droga, którą idziemy przez świat pokrywa się z naszą wędrówką przez życie.

Czasami się gubię. Zatrzymuję się wtedy, rozglądam nerwowo w około i czuję strach. Podstępnie skrada się gdzieś zza żołądka, pełźnie powoli ku górze i nagle łapie mnie za gardło, powodując, że trwam w bezruchu słuchając własnego oddechu. Wciągam powoli powietrze w płuca i śledzę ruch klatki piersiowej, która wznosi się i opada. Wznosi się i opada. Zamykam na chwilę oczy, uspokajam się i idę dalej, nawet jeżeli ciągle się boję. Bo kto stoi w miejscu, ten się cofa.

Czasami doskonale wiem, dokąd zmierzam. Mrużę oczy, bo wędruję ze Słońcem i na horyzoncie widzę metę, która wypełnia moje serce radością. I tym specyficznym uczuciem niecierpliwości, że chciałoby się już, a jednocześnie przyjemnie jest poczekać. Unoszę się wtedy kilka centymetrów nad ziemią, głośno się śmieję i płynę – bez potknięć, przystanków i oglądania się za siebie. Nie potrzebuję map i drogowskazów, nie muszę pytać o drogę. Bo ona jest we mnie.

Czasami świadomie zbaczam z trasy. Lubię wyznaczać sobie cel, ale się do niego nie przywiązuję, dając sobie tę wolność i swobodę wyboru, która pozwala mi zmienić zdanie. Zwykle zastanawiam się nad tym, czy decyzja, którą podejmuję  jest słuszna, analizuję wszystkie za i przeciw i ze spokojem ducha idę tam, gdzie czuję, że powinnam. Od czasu do czasu daję się jednak ponieść chwili. Nierozważnie, szalenie, spontanicznie. Bo właśnie to sprawia, że mam najpiękniejsze wspomnienia.

Czasami idę sama. Wsłuchuję się w siebie i z każdym krokiem poznaję coraz lepiej. Mierzę się ze swoimi słabościami i zazwyczaj je pokonuję, bo wiem, że mogę liczyć tylko na siebie. Każda napotkana trudność hartuje mojego ducha, każde potknięcie sprawia, że jestem bardziej uważna, każdy zły wybór uczy mnie, jak w przyszłości go unikać. A gdy jest mi ciężko, przysiadam tam, gdzie właśnie stoję i płaczę. Ze smutku, bezsilności, zmęczenia. Bo mogę.

Czasami spotykam innych ludzi. Jednych lubię od razu, czując pokrewieństwo ducha, innym przyglądam się przez dłuższą chwilę, zanim podejdę i się przedstawię, a jeszcze innych omijam szerokim łukiem. Uczę się od nich, jak iść, by dotrzeć tam, gdzie chcę, korzystam z ich doświadczeń i nie wstydzę się poprosić o pomoc. Idziemy ze sobą tylko chwilę, a nasze ścieżki w końcu się rozchodzą lub jest nam bardzo po drodze i zostajemy przyjaciółmi. Bo razem jest raźniej.

Wymienię drogę na lekarstwa to projekt Kariny, Kary Boskiej, z którą jakiś czas temu udało nam się porozmawiać właśnie o drodze – o tym, czego się boimy przed zrobieniem pierwszego kroku, co na niej zastajemy i czego możemy się nauczyć.  Karina ruszyła w drogę z Jastrzębia Zdroju do Wrocławia i aby nadać tej wędrówce sens, postanowiła sprzedać przemierzone kilometry. Pieniądze, które uda się jej uzbierać trafią na konto Fundacji Na Ratunek, która wspiera dzieci z chorobą nowotworową. Świetna sprawa. Ja już mam swój kawałek. Przyłączycie się?

Twój kawałek leży na uboczu, bo nie idziesz utartymi ścieżkami. Jest na rozstaju dróg, bo tyle możliwości teraz przed Tobą. Zeszłam z asfaltu, żeby poszukać coś wiejskiego dla Ciebie.

Moja droga

  • Inspirująco tu, zaczytuję się już od dwóch dni.

    Pozdrawiam serdecznie 🙂

    • Dziękuję za miłe słowa. Witaj w moich skromnych progach 🙂

  • do tych najpięknieszych, powodowanych – jak napisałaś – spontanicznością, z braku własnych doświadczeń ciężko było mi się odnieść, ale pewnie bez planu czasem też trzeba!