Myśli

Wielka Woda

By 25 lipca 2014 2 Comments

Deszcz padał od kilku godzin. Krople, początkowo powoli spływające po szybie okna, zniknęły w ścianie wody, która zalała świat, rozmywając kształty i kolory. Monotonny szum przeplatał się z groźnym pomrukiwaniem burzy i powodował senność. Czaiła się w kącikach opadających powiek i ukradkowych, tłumionych ziewnięciach, falą ciepła rozchodzących się po ciele.

Postawiona na parapecie Najświętsza Panienka patrzyła smutno w dal, przytłoczona odpowiedzialnością, która na niej spoczęła. Ochrona domu i mieszkających w nim ludzi w obliczu nieprzewidywalnego żywiołu to nie taka prosta sprawa. Wiara w to, że nie stanie się nic złego działała jak placebo, co nie przeszkadzało Babci, dla pewności, uciekać na klatkę schodową, gdzie z dala od gniazdek elektrycznych zwykła modlić się na różańcu. Fluoresencyjne tworzywo świeciło blado w ciemności, a zawieszony na krzyżu Jezus podrygiwał wraz z przesuwającymi się w dłoniach koralikami.

Zdrowaś Maryjo, 
łaski pełna, Pan z Tobą, 
błogosławionaś Ty między niewiastami
i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. 
Święta Maryjo, Matko Boża,
módl się za nami grzesznymi 
teraz i w godzinę śmierci naszej.

Amen.

Stuknęła odkładana na spodek szklanka z kawą.

Wielka Woda przyszła… – szepnął ktoś cicho i zaraz wszyscy wyglądaliśmy przez okno, patrząc jak kotłująca się rzeka zalewa drogę, wdziera się w niewielką dolinę i z hukiem porywa żeliwną kładkę, łączącą dwa brzegi.

Wielka Woda. Personifikacja nieokiełznanych sił Natury, wobec których człowiek staje się bezradny i śmiesznie mały, jak pyłek, targany podmuchami burzowego wiatru. Rzeka, która w kilka chwil wystąpiła z brzegów, lizała namiętnie kolejne połacie trawy i gładziła mokrą korę młodych drzew, uginających się pod naciskiem niespodziewanej pieszczoty. Mętna woda niosła ze sobą połamane gałęzie, które zatrzymywały się na kładce, tworząc swego rodzaju tamę. Wyobrażałam sobie, że mogłyby w niej zamieszkać bobry.

Tej nocy nie mogłam zasnąć.

Poranek wstał rześki i słoneczny. Zjadłam śniadanie i zakładając w biegu kolorowe kalosze pobiegłam w stronę rzeki, która opadła, prezentując obraz nędzy i rozpaczy. Rozmokła ziemia poddała się, oddając Wodzie część siebie, a z dziur na drodze zionęła plątanina korzeni i kamieni, które nie pozwoliły się rozdzielić. Wygłaskane liście łopianu wskazywały wschód, bijąc pokłony Słońcu, które coraz śmielej wspinało się nad horyzont. Powietrze pachniało inaczej niż zwykle.

Schyliłam się, by przyjrzeć się plastikowej lalce, która leżała u moich stóp. W jej oczach odbijał się błękit nieba.

Powódź tysiąclecia. Grybów, 1997 r.