Jak przystało na prawdziwego czarownika, Bulanda przewidział datę swojej śmierci. Pod koniec pożegnalnej uczty wyszedł przed dom i tak przemówił: „Dziękuję ci, słoneczko, żeś mi świeciło i wom, gwiazdy, tez, dziękuję tobie, wietrzyku, ześ powiewał według mej potrzeby i tobie, rzyko, żeś do mnie sumem gadała…”. Potem wrócił do izby i rzekł do rodziny i przyjaciół: „Moi kochani, jo już odchodze, bo na mnie cas. Ostajcie z Bogiem”. Tej samej nocy zmarł.

„Wy nie wiecie, kogo między sobą macie!”

Tomasz Chlipała, bo o nim mowa, jest jednym z najsłynniejszych beskidzkich baców, a także jednym z najlepszych znachorów i czarowników, którzy żyli w Karpatach Zachodnich. Jeżeli kiedykolwiek w Wasze ręce trafił przewodnik po Gorcach, prawdopodobnie mieliście już okazję o nim czytać. Jego przydomek ukuto w nawiązaniu do osiedla Bulandy we wsi Szczawa, z której pochodził, związany był jednak głównie z Lubomierzem, gdzie mieszkał i założył rodzinę. To właśnie tam, na osiedlu Dziedziny, gazdował jesienią i zimą. Od marca do końca września spotkać można go było z kolei na polanie Jaworzyna Kamienicka, gdzie wypasał owce.

O tym, jak wyjątkowym człowiekiem musiał być, świadczy fakt, że już za swojego życia (1831-1913) był postacią mitologizowaną, której przypisywano wyjątkowe, często wyolbrzymione, cechy i umiejętności. Nie każdy przed śmiercią staje się legendą, prawda? A jeżeli staje się, muszą być ku temu bardzo ważne powody. Legend, których bohaterem był gorczański „carownik”, nikt nie potwierdzał, ale też nikt nie dementował, jednak jego sława dotarła i za granice naszego kraju – ratunku w chorobie szukali u niego nie tylko ludzie przyjeżdżający z Krakowa i Warszawy, ale także z Berlina i Wiednia. Jeżeli ktoś z porad Bulandy chciał skorzystać, musiał się u niego zjawić osobiście.

Mroczne Beskidy: Bulanda – ostatni czarownik

Swoich „petentów” przyjmował w specjalnie w tym celu przygotowanym pomieszczeniu – dobudowanej przy chacie komórce. Na jej temat krążyły liczne opowieści, przekazywane sobie zapewne ze stosownym upomnieniem: „Tylko nie mów nikomu!”, którym posługują się wszyscy wytrawni i doświadczeni w swoim fachu plotkarze. Ludzie, którzy u Bulandy się leczyli, relacjonowali potem z przejęciem, że baca rzadko kiedy wnikał w to, co jego „pacjentom” dolega. Po prostu to wiedział. „Skąd wiedział?” – zapytacie.

Wyobraźcie sobie, że przychodzicie do kultowego znachora, a ten zostawia Was przed drzwiami swojej komórki i znika w środku, surowo zakazując podsłuchiwania i podglądania. Zastanawiacie się, co też dzieje się za zamkniętymi drzwiami, że nie wolno Wam o tym wiedzieć. Czekacie, niecierpliwicie się, w końcu ciekawość zwycięża. Przykładacie ucho do drzwi i zaczynacie nasłuchiwać. Bulanda z kimś rozmawia. Ale z kim, skoro wszedł tam sam, a Wy dalibyście sobie uciąć rękę za to, że pomieszczenie było puste? Zostalibyście bez ręki.

Śmiałkowie, którym udało się cokolwiek dojrzeć, mówili, że Chlipała ma w komórce… ducha, który mu doradza i pomaga diagnozować choroby. Według zeznań świadków baca miał siedzieć w komórce z księgą w ręku i wertować ją, odczytując po kolei nazwy różnych chorób i pytać ducha, na którą z nich cierpi pozostawiony za drzwiami człowiek. Duch tak długo odpowiadał mu: „Nie, to nie ta”, aż w końcu trafił na właściwą, którą kwitował krótkim: „Tak, to ta”. Następnie Bulanda odczytywał, jak daną chorobę wyleczyć i stosował zalecenia w praktyce – ze świetnym zresztą skutkiem.

Nie podzielilibyście się tak sensacyjnym odkryciem ze znajomymi? No pewnie, że tak.

Dzisiaj powiedzielibyśmy, że Bulanda miał świetny PR, który pozwolił mu się wybić. Jak każdy sukces okupiony był jednak ciężką pracą i powoli, ale sukcesywnie zdobywanym zaufaniem, które sprawiało, że ludzie byli mu w stanie wyjawić najgłębiej skrywane sekrety. Jak na przykład ten, z którym przyszedł do niego pewien ubogi parobek. Chłopak poskarżył się, że chciałby ożenić się z bogatą i piękną panną, jednak inny, równie bogaty jak panna parobek, był szybszy i też chciał pojąć ją za żonę. Chlipała i na to miał swoje magiczne sposoby. Myślicie, że czarami sprawił, że kandydat na męża nagle zmarł w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach? Wcale nie. Gdy młoda z drugim parobkiem szła do ołtarza, baca sprawił, że zrobiła się „gorsza niż paskudna”. Kawaler zrezygnował sam (nic dziwnego), a małżeństwo nie doszło do skutku. Panna znów stała się piękna, a pierwszy parobek mógł bez problemu się z nią ożenić. Sprytnie!

Miłosne czary były kiedyś na porządku dziennym. Być może dlatego było mniej rozwodów.

Jak Bulanda leczył ludzi z kołtuna?

Bulanda zasłynął przede wszystkim jako znachor i „naprawiacz” połamanych kończyn. Sztuki magicznej oraz medycznej uczył się ponoć u czarownika ze spiskiej Lewoczy, do którego sam pewnego dnia musiał udać się po pomoc w chorobie. Kiedy posiadł stosowne umiejętności, leczył innych z niemal wszystkich dolegliwości – wyjątek stanowiły choroby weneryczne i zakaźne. Tych chorych wyrzucał z bacówki, po czym długo i dokładnie mył ręce. Mówi się, że to właśnie z powodu choroby wenerycznej zawitał niegdyś do Lewoczy. To wyjaśniałoby jego niechęć do osób, których baza wirusów została zaktualizowana.

Mroczne Beskidy: Bulanda – ostatni czarownik

Ludzie żyjący na wsiach na przełomie XIX i XX wieku ciągle byli święcie przekonani o tym, że większość dolegliwości, których doświadczają, jest karą za grzechy zesłaną przez Boga, wynikiem czarów lub rzuconego przez kogoś „uroku”. „Urok” wywoływało zawsze, niezależnie od intencji patrzącego, spojrzenie człowieka lub zwierzęcia o „złych oczach” – można było mieć „złe oczy” i nawet o tym nie wiedzieć. Oprócz ludzi mających „złe oczy” urok mógł rzucić każdy, kto chciał w ten sposób skrzywdzić innych. Wystarczyło, że ktoś na swoją ofiarę spojrzał choćby z zazdrością. Całkiem nieźle sprawdzało się też patrzenie na kogoś z równoczesnym nieszczerym pochwaleniem. Dlatego też chcąc coś chwalić a nie urzec, np. mówiąc „Ojej, jakie ładne dziecko!”, najlepiej dla bezpieczeństwa powiedzieć: „Na psa urok!”. „Urok” zawsze sprowadzał chorobę, a w szczególnych przypadkach nawet śmierć. Był więc bardzo groźny. Człowiek, którego ktoś „urzekł” cierpiał często na silne bóle i zawroty głowy, nudności, bóle brzucha, słaby apetyt, ogólne osłabienie i brak chęci do życia. „Urzeczona” krowa lub owca przestawała jeść, nie mogła utrzymać się na nogach, czasem traciła też mleko lub doiła się krwią. Mając na uwadze fakt, że zwierzęta były głównymi żywicielami rodzin utrzymujących się z gospodarki, nie dziwi już, że ludzie rzucanych „uroków” bardzo się bali. Drugim powodem była mała wiedza medyczna i tłumaczenie sobie wielu zdarzeń zjawiskami nadprzyrodzonymi.

Jedną z chorób, na którą zapadali wtedy ludzie, był kołtun, powstający na skutek nikłej w tamtych czasach higieny głowy i panującej powszechnie wszawicy. Powszechnie wierzono, że dolegliwości powstałe na skutek zastosowania czarnej magii można wyleczyć tylko za pomocą czarnej magii – „podobne leczy podobne”. Górale uważali, że ze względu na działanie „złych mocy”, samodzielne pozbycie się kołtuna może mieć tragiczne skutki. Ścięcie sfilcowanych włosów mogło bowiem sprawić, że choroba „wsypie się” do oczu lub uszu, powodując ślepotę lub głuchotę. Porad szukano więc u znachorów i ludzi, którzy z magią mieli do czynienia na co dzień. Bulanda miał zatem co robić. Jak radził sobie z kołtunem?

Na początek przykładał do czoła „pacjenta” okład z baraniej wełny, zwilżony śliną chorego. Nie była to jednak zwykła ślina – powstawała po wypiciu białego wina, w którym przez dziewięć dni moczono dziewięć gałązek barwinku. Wielokrotność liczby trzy, uważanej za magiczną, miała gwarantować skuteczność przeprowadzanego rytuału. Barwinek w kulturze i medycynie ludowej był bardzo ważną rośliną – uważano go za apotropeion, czyli przedmiot mający chronić żyjących przed duchami. Jego wiecznie zielone liście, a także wilgoć i półmrok, w którym rośnie, powodowały, że kojarzono go za sferą śmierci i często sadzono przy kościołach, na cmentarzach i samotnych mogiłach. Zabieg stosowany przez Bulandę, aby był skuteczny, musiał zostać powtórzony trzykrotnie (kolejne nawiązanie do magicznych liczb). Jeżeli nie było pożądanych efektów, Bulanda nakazywał ogolić głowę, gwarantując, że magiczna moc, którą posiada, ocali nieszczęśnika od działania złych mocy. Jak łatwo się domyślić, pozbycie się kołtuna rozwiązywało problem – chory wracał do zdrowia, a Bulanda zyskiwał sobie uznanie i szacunek.

A może na Twojej łące pojedynkują się magowie?

Mroczne Beskidy: Bulanda – ostatni czarownik

O tym, jak wielką mocą dysponował Bulanda, może świadczyć fakt, że często brał udział w pojedynkach między magami, a co najważniejsze – wygrywał je. Takie magiczne ustawki to musiało być coś! Czarownicy mocowali się fizycznie lub rywalizowali ze sobą za pomocą rzucanych zaklęć. Dlaczego to robili? Jeżeli by się zastanowić i przeanalizować temat, łatwo można dojść do wniosku, że zwalczali w ten sposób swoją konkurencję. W końcu – jak nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. Zawód bacy był całkiem niezłym biznesem – to przecież właśnie jemu gospodarze powierzali swoje owce, a po ich zejściu z hal rozliczali się za dobrze wykonaną pracę. Od tego, jak dobrze baca radził sobie z opieką nad stadem zależało to, czy zyska sobie zaufanie lokalnej społeczności i czy w kolejnym sezonie hajs będzie się zgadzał. Zdejmowanie uroków, którym parali się czarownicy (a każdy baca był również po części czarownikiem) było dodatkową żyłką złota. Najczęstszą przyczyną konfliktów między czarownikami były „uroki” rzucane na owce, którymi baca się zajmował. Zaczynały chorować, a mleko i sery stawały się zupełnie nieprzydatne do spożycia. A jak stawały się zupełnie nieprzydatne do spożycia, to nie można było ich sprzedać i na nich zarobić. W takiej sytuacji każdy gospodarz mógł cofnąć lajka i następnym razem powierzyć owce komuś innemu.

A jak takie pojedynki wyglądały w praktyce?

Podobno baca Filos, który po sąsiedzku bazował na polanie Turbacz, poczarował kiedyś Bulandzie owce tak, że mu sparszywiały. W odwecie Chlipała poczynił mu tak, że Filos przyszedł do niego na Jaworzynę cały czarny i gonił koło koszaru (zagroda dla owiec) jak głupi. Wtedy to Bulanda powiedział konkurentowi, żeby więcej nie wdawał się z nim w zatargi i nie marnował jego cennego czasu. Czy posłuchał – nie wiadomo.

Bulandowa Kapliczka

Mimo wielkiej popularności, jaką cieszył się Bulanda, można stwierdzić, że woda sodowa nie uderzyła mu do głowy. Powszechnie uchodził za osobę pobożną i prawą, szanowaną przez innych. Był bogaty, jak na miejscowe warunki, ale dochód przyniosło mu głównie pasterstwo. Za wskazówki medyczne, których udzielał, nigdy nie brał więcej niż jedną koronę wynagrodzenia, a biedniejszych wspierał zupełnie za darmo. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że doskonale wiedział, czym jest społeczna odpowiedzialność biznesu. Pomagał również rozwiązywać spory i zapobiegać konfliktom. Udzielał także porad majątkowych. Za pieniądze, których się dorobił, w 1904 roku postawił kapliczkę na Jaworzynie Kamienickiej, w której umieścił wizerunek przedstawiający jego patrona – św. Tomasza Apostoła. Istnieje wiele ludowych przekazów o tym, dlaczego w ogóle powstała. Jedni mówią, że chciał w ten sposób odpokutować grzechy oraz zadośćuczynić za domniemane konszachty z diabłem i duchem, który pomagał mu leczyć chorych. Inni, że pod kapliczką znajduje się miejsce, w którym Chlipała znalazł skarb, a potem zakopał w dołku tajemnicze, czarodziejskie księgi, którymi posługiwał się za życia. Możecie sobie wybrać wersję, która bardziej Was przekonuje. Kapliczka stoi do dzisiaj – znajduje się w górnym rogu jednej z najpiękniejszych gorczańskich polan, przy  zielonym szlaku od Polany Gabrowskiej Dużej przez Jaworzynę Kamienicką i Polanę Przysłop na Gorc.

Pogrzeb Tomasza Chlipały został zapamiętany jako wielkie wydarzenie, które przyciągnęło setki osób – zarówno tych, których za życia leczył, jak i tych, którzy choć raz prosili go o radę. Słowo „Bulanda” wymówione dzisiaj w trakcie rozmowy z mieszkańcami podgorczańskich wsi, zwłaszcza po północnej stronie, nadal wywołuje żywe zainteresowanie.

Jeżeli kiedykolwiek tam zawędrujecie, nie bójcie się pytać. A nuż dowiecie się czegoś nowego?

Na podstawie: Polskie Towarzystwo Historyczne Oddział w Nowym Targu – „Karpaty pełne czarów. O wierzeniach, medycynie i magii ludowej Karpat polskich”, U. Janicka-Krzywda i K. Ceklarz – „Czary góralskie”, Sebastian Flizak – „Bulanda – ostatni czarodziej gorczański” („Wierchy” t. XXVI).

  • Aaaawww <3 Uwielbiam takie ludowe historie! Przede wszystkim świetnie zebrane i napisane. Wielka przyjemność czytania 🙂 Zastanawiam si tylko jak wyglądają "sparszywiałe owce"? 😉

    • Aaa, dziękuję! Marzy mi się, żeby napisać kiedyś taki przewodnik 🙂 Co do owiec, to moja wyobraźnia podsuwa mi same straszne obrazy!

  • <3