Ludzie

Pogaduchy w kuchni: Dziewczyna Spłukana

By 23 marca 2014 5 komentarzy

Na Podróże Dziewczyny Spłukanej wpadłam stosunkowo niedawno. To jeden z tych blogów, na które wchodzi się „tylko na pięć minut”, a potem nagle okazuje się, że jest już północ i przesiedziało się przy nim cały wieczór. Karolina, jak sama pisze, jest niezdarą, drze papę (szalenie spodobało mi się to określenie i już wpisałam je sobie do wyimaginowanego słownika hasełek codziennego użytku) i marudzi. To zupełnie jak ja! Dlatego właśnie postanowiłam zaprosić ją na „Pogaduchy w kuchni”.

Justyna Sekuła: Dziewczyno Spłukana, chciałam pogadać z Tobą po pierwsze o autostopie, a po drugie o kobiecym podróżowaniu. Bujałam się stopem po Bałkanach, ale nigdy sama. Jak mówię znajomym, że bym chciała kiedyś spróbować (w sensie pobujać się sama), to się pukają w głowę i mówią, że jestem głupia i że to się źle skończy. Od kiedy podróżujesz w ten sposób?

Karolina Słomska: Ciężko stwierdzić, kiedy po raz pierwszy jechałam zupełnie sama stopem. Musiało to być już kilka lat temu, ale na bardzo niewielkie odległości. I nie łapałam wówczas stopa z potrzeby podróży, a raczej zaoszczędzenia na bilecie autobusowym. Bądź też z wrodzonej niecierpliwliwości, gdy na dany autobus trzeba by czekać zbyt długo. Pierwszy daleki i zupełnie samotny stop przyszedł kilka lat później. Siedziałam w mieszkaniu mojego hosta w Santiago de Compostela, niepewna, co zrobić z pozostałym mi do odlotu samolotu czasem (dwa tygodnie), gdy napisała do mnie poznana na El Camino przyjaciółka. Zapraszała mnie do do A Coruna. W ciągu 10 minut stworzyłam plan, który zakładał samotny autostop wzdłuż zachodniego wybrzeża Europy, odwiedzenie Sevilli, Gibraltaru, powrót do Barcelony. Godzinę później stałam już przy drodze z kciukiem w górze. A potem już poszło. Nie było odwrotu.

I jak tam stałaś, z tym kciukiem w górze, to czego się najbardziej obawiałaś? Podróżując z kimś można się czuć nieco bardziej bezpiecznie. Miałaś jakieś wątpliwości? Przeszło Ci przez głowę, że samotna kobieta jeżdżąca stopem to szaleństwo?

Pewnie, że przeszło. Ale już przy samotnym couchsurfingu wiele osób mówiło mi, ze to szaleństwo, więc chyba się przyzwyczaiłam. Szczerze mówiąc, jeszcze wtedy żadnych wątpliwości nie miałam. No, może troszkę bałam się, że nikt się nie zatrzyma. Ale wcześniej czy później zawsze ktoś się zatrzymuje. Koleżanki cały czas przestrzegały mnie, że skończę gdzieś w egzotycznym kraju, pięć metrów pod ziemią. W sumie to cholera wie, jak to moje szlajanie się skończy. Ale to jest silniejsze ode mnie. Moja mama opisuje to tak: „Cyk, strzeli jej coś do łba i następnego dnia ma samolot albo pyta gdzie jest plecak, bo za godzinę jedzie gdzieś stopem”.

Skoro dzisiaj ze sobą gadamy, oznacza, że wróciłaś cało i zdrowo ;). Przydarzyły Ci się po drodze jakieś niebezpieczne sytuacje?

Może nie niebezpieczne, ale nieprzyjemne. Zdarzyło się kilku nieco zbyt bezpośrednich kierowców. Oferty seksu za pieniądze, pokazywanie mocno dziwnych zdjęć na komórce.

I co się robi w takich sytuacjach? Znałaś hiszpański na tyle, żeby na nich wydrzeć?

Nie wiem, nie jestem specjalistką od samoobrony. Powiedziałam po prostu, że ma zatrzymać samochód, ja wysiadam. Początkowo nie chciał. Ale po mojej okraszonej przekleństwami odpowiedzi zmienił zdanie. Dzisiaj po prostu nie wsiadam do auta, jeśli mam choćby minimalne „ale” co do kierowcy. Wolę zmarznąć na dworze, niż mieć poderżnięte gardło – patrząc bardzo pesymistycznie. Nie ważne w jakim języku się wydrzesz – przekaz jest chyba dość oczywisty, prawda? A niektóre przekleństwa międzynarodowe ;).

Myślisz, że natura wyposażyła nas w kobiecą intuicję, żeby nie dać się zarżnąć właśnie w takich sytuacjach? 😉

Haha, naprawdę nie wiem. Nie chcę uogólniać. Wiem tylko, że choć z natury jestem bardzo ufna i otwarta, to im bardziej otwarty jest dany kierowca, tym bardziej ja staję się nieufna. Staram się być bardziej uważną. W końcu, jakby na to nie patrzeć, jesteśmy niejako w gorszej pozycji. Zresztą, stop ułatwia mi przemieszczanie się, ale to nie znaczy, iż uważam go za najlepszy możliwy sposób podróżowania.

Miałaś ze sobą coś, czym mogłabyś się bronić w jakiejś kiepskiej sytaucji? Nóż za pazuchą, gaz pieprzowy w kieszeni?

Nie, nie miałam. I z perspektywy czasu myślę, że była to głupota. W ogóle nie byłam przygotowana. Cóż, uczymy się na błędach. Choć nadal nie jeżdzę z nożem w kieszeni. Może powinnam zacząć ;).

To jak przygotowałabyś się do autostopu teraz?

Przede wszystkim: wyruszałabym o wcześniejszej porze. ZAWSZE to sobie obiecuję i NIGDY nie wychodzi. Przy dłuższych trasach zaplanowałabym dodatkowe noclegi po drodze, a nie liczyła, że „jakoś dotrę bez przerw”. W nocy jest oczywiście nieco trudniej łapać stopa. Człowiek jest zmęczony, bywa zimno, stacje benzynowe zdarzają się być zamknięte, nic się nie zatrzymuje. Można się załamać. Nie każdy ma w sobie newyczerpane poklady odporności na niewygody i nie każdy musi je mieć. Podsumowując: dałabym sobie więcej czasu na podróż. A jeśli nie mogę pozwolić sobie na ten czas, poszukałabym jak najtańszych lotów. Nawet w innym kierunku. Byleby jechać. Poza tym zadbałabym o jakiekolwiek zabezpieczenie. Czy to gaz pieprzowy, czy cokolwiek innego. Choć jakoś mi niezręcznie na samą myśl, że miałabym go przy sobie mieć. Wiem, że to głupie, ale tak jest. Wiesz, 99,9% ludzi nie jest psycholami. To trochę obraźliwe dopatrywać się tego 0,1% w każdym zatrzymującym się kierowcy.

Ja mam wrażenie, że bym tego gazu nie potrafiła użyć. Że w jakiejś niebezpiecznej sytuacji zestresowałabym się na tyle, że bym w ogóle nie wiedziała, że go mam. Chociaż… Podejrzewam, że wtedy uruchamiają się w człowieku jakieś pierwotne instynkty, więc może działa niejako z automatu. Wolałabym nie musieć sprawdzać. No ale dobra. Udało Ci się uniknąć lub ominąć złych ludzi, kij z nimi. A co z dobrymi?

Dobrych jest oczywiście bez porównania więcej. Gdybym chciała opisać wszystkie rewelacyjne gesty, jakie spotkały mnie w drodze od zupelnie przypadkowych ludzi, komputer by się przegrzał, a sieci siadły. Zresztą – wpadasz czasem na mojego bloga, więc wiesz, że potrafię o nich opowiadać i opowiadać. Nie idealizowałabym jednak samej idei stopu do poziomu, w którym raz na jakiś czas trafia się dziwak, a reszta to chodzące anioły stróże, które zstąpiły na ziemię by nas podwieźć, nakarmić, przenocować i cholera wie, co jeszcze. To oczywiście wspaniałe, gdy ktoś oferuje ci podwózkę, ale tak jak w każdej innej dziedzinie życia, podczas autostopu spotykamy też ludzi szokująco nudnych, banalnych, nieciekawych. Czasem nie chce się nam gadać, padamy na twarz, a grzeczność wymaga kontynuowania rozmowy. Najgorzej, gdy oczy same nam się zamykają, a kierowca mówi: „Specjalnie się zatrzymałem, żeby mieć z kim porozmawiać i nie zasnąć”. I jak tu wybrnąć? Nie zrozum mnie źle – nie chcę demonizować autostopu. To rewelacyjny sposób na podróż. Ale odnoszę wrażenie, iż jest on w ostatnim czasie nieco idealizowany. A jak każdy inny rodzaj podróżowania ma swoje wady i raczej nie wszyscy będą skłonni je zaakceptować. I mają do tego prawo.

Jasne, jak ze wszystkim – prawda leży pewnie gdzieś po środku. I nie wszystko jest dla każdego. Zależy, kto czego oczekuje i co jest w stanie poświęcić (szybko, ale drogo, np. samolotem, czy tanio, ale z akceptacją pewnym niewygód, jak stop). Właśnie dlatego postanowiłam z Tobą pogadać: by pewne rzeczy odczarować. Tak z obaw, jak i z zachwytów. A było coś, co totalnie Cię zaskoczyło podczas podróżowania w ten sposób?

Hah, chyba najbardziej to, gdy wszyscy powtarzali mi, że w dzisiejszych czasach nikt już nie bierze autostopowiczów. Dwukrotnie zdarzyło się, że ktoś „życzliwy” przy drodze właśnie tłumaczył mi, dlaczego żadne auto nie stanie, gdy akurat jakieś stawało. Ich miny – bezcenne! Choć będę powtarzać do znudzenia: żadna ze mnie specjalistka od stopa. Jak zjeżdzę w ten sposób coś poza Europą, to będziemy mogły pogadać.

Dobra. To będzie w takim razie rozmowa o stopie po Europie. Gdzie jeszcze jeździłaś, poza Hiszpanią?

Portugalia, Holandia, Czechy, Niemcy… szykuję się na Skandynawię. Poza tym Polska. Nigdy nie ukrywałam, że na dalsze podróże wolę tanie loty. Głównie dlatego, że po zsumowaniu wszystkich kosztów cała podróż może wyjść nawet taniej. Plus, wolę spędzić więcej czasu np. w Barcelonie, niż na autostradzie zmierzając do niej.

Który z tych krajów jest najlepszy, a który najgorszy na łapanie stopa?

Chyba nie ma reguły. Wszyscy powtarzali mi, jak okropnie będzie łapać stopa w Hiszpanii. Tymczasem nie było tak znowu najgorzej. Z kolei Czechy odbiły mi się czkawką. Nie zatrzymał się NIKT, kto nie byłby Polakiem. A gdzie jeździ się najlepiej? Hmm… ciągle mam małe porównanie, ale póki co gorąco obstaję za Polską. To u nas jeździ się z największą łatwością. I chyba tylko tutaj nie słyszę co chwilę pytania: „Czemu jeździsz stopem? Uciekłaś z domu? Nie masz pieniędzy?” :).

Polska. Stałam kiedyś w jednej wsi próbując dostać się do drugiej i wszyscy mnie zlali. Ale może dlatego, że padał deszcz, a ja byłam w pelerynie i wyglądałam jak Buka.

Wiesz, to dziwne, ale faktycznie tak to działa. Kiedy leje, jest zimno i zaczyna się ściemniać – nikt się nie zatrzyma. Kiedy jest piękna pogoda – auta zatrzymują się niemal hurtowo.

Ciekawi mnie stopowanie po Polsce. Mam wrażenie, że Polacy są nieufni. Możemy to sprawdzić i spotkać się gdzieś w połowie drogi, między Gdańskiem a Krakowem :D.

Skoro o stopie po Polsce mowa: tydzień temu podwoził mnie facet, który miał zamiar zajechać tylko do centrum handlowego oddalonego o 10 km. Tak miło nam się rozmawialo, że stwierdził tylko: „Wiesz co? Chrzanić to, podwiozę cię pod same drzwi”. I tak nadrobił jakieś 40 km w jedną stronę, nie znając drogi, ani nie znając zbyt dobrze mnie. Więc nie wiem, czy jesteśmy tacy nieufni. Mamy oczywiście swoje stereotypowe wady, ale im więcej ludzi różnych nacji poznaję, tym bardziej cenię sobie polską mentalność. Choć sami często mówimy o niej raczej negatywnie. Moim zdaniem błędnie. No ale żaden ze mnie socjolog.

Weź, skończyłam socjologię!

Haha, przepraszam, nie wiedziałam. Dostałam ostatnio kilka zaproszeń do Poznania oraz Wrocławia od naprawdę przesympatycznych osób, a że to piękne miasta, więc można by poznać je lepiej.

Spoko, w ogóle się do tej socjologii jakoś nie przywiązuję. Też doszłaś do wniosku, że więcej można nauczyć się w podróży, niż na uniwersytecie?

Szczerze? Matki czytających to nastolatków mnie znienawidzą, ale osobiście mam duże wątpliwości, czy poszłabym drugi raz na studia. Podziwiam ludzi ambitnych, studiujących trudne kierunki i może nawet trochę im zazdroszczę. Wytrwałości, pracowitości, zorganizowania, chęci. Ale dla mnie studia są męką. Taką męką, którą jednocześnie szkoda mi rzucić. Wychodzę na imbecyla. Wiem. Nie jestem dumna z faktu, że jestem uczelnianym kretynem, który studiuje tylko dlatego, że ma wykształconych rodziców. Naprawdę się tego wstydzę. Ale tak jest. Siedzenie w ławce jest dla mnie męką. Mam problem z autorytetami. Z ogarnianiem sterty papierów. Zbyt szybko się nudzę. Czasem cieszę się, że moi rodzice mają jeszcze czwórkę innych dzieci, co daje nadzieję, że chociaż ktoś z reszty potomstwa nie będzie tak marnotrawił ofiarowanych mu szans. Swoją drogą, zdaje mi się, że wszystko w czym jestem dobra to podróże, poznawanie ludzi, organizacja imprez i może trochę pisanie. Gdyby istniały studia łączące te wszystkie rzeczy, byłabym prymusem. Ale zrobilam z siebie właśnie jęczybułę.

Rozmyślam o tym ostatnio dużo i doszłam do wniosku, że my, nasze pokolenie, zostało zagnane w jakiś kozi róg tego wykształcenia. I omamione obietnicą, że coś nam ono da. A nie daje za wiele. Myślę, że więcej się nauczyłam przez dwa miesiące w Bułgarii, niż przez trzy lata na studiach. Mówię o takiej wiedzy, którą można w życiu wykorzystać i która rozwija cię jako „ogarniętego człowieka”. Gdybym teraz miała znowu 19 lat i dzisiejszą wiedzę, to pewnie po LO bym gdzieś od razu wyjechała.

Boję się trochę zbyt ostrych, jednoznacznych opinii. A im więcej osób mnie czyta, tym bardziej się ich obawiam. Nie chcę robić ludziom wody z mózgu. Studia mogą dać bardzo dużo. Jeśli mamy odpowiednie do nich nastawienie oraz wykazujemy wystarczającą wytrwałość. Ale masz rację mówiąc, że zostaliśmy trochę omamieni obietnicą, jakoby wykształcenie otwierało wiele drzwi. Może i otwiera. Choć osobiście myślę, że chyba nie dla mnie. Podkreślam: osobiście. Naprawdę nie chcę uogólniać. To nie jest tak, że teraz wszyscy powinniśmy rzucać studia, pakować plecak i wyjeżdżać w świat. Nie chcę dorabiać do podróżowania jakiejś wydumanej filozofii, koloryzować, nadawać większego znaczenia, niż faktycznie ma. Każdy odnajdzie szczęście w czymś innym. I chyba dobrze, że dla wielu będą to studia. To daje mi nadzieję, że gdy wyląduję w szpitalu, leczyć mnie będą ludzie faktycznie kompetentni, a nie takie pokraki życiowe, jak ja. I bardzo mnie to cieszy :).

Nie, nie, nie o to chodzi, by wszystko rzucać i jechać w cholerę. Raczej o pewne alternatywy. Że te trzy literki przed imieniem i nazwiskiem nie definiują, jacy jesteśmy i czy bez nich mniej wartościowi, niż inni. Trochę panuje jeszcze takie przekonanie. Wiem, że zabrzmię jak Paulo Coelho, ale warto w życiu szukać własnej drogi. I jeżeli studia kogoś męczą, jeżeli czuje się, że się do tego człowiek nie nadaje, to nie marnować czasu, tylko rozwijać właśnie to, w czym jest się dobrym. Mam tego pecha, że jestem jedynaczką, więc wszelkie uwagi pt. „Dziecko, zmarnujesz sobie życie!” muszę brać na klatę ;).

Hah. Wiesz, zgadzam się z Tobą, ale z drugiej strony nadal mam wątpliwości, czy robienie tego, co się czuje jest zawsze najlepszym wyjściem. Problem w tym, że w czymkolwiek nie staramy się wybić, zawsze będzie ktoś od nas lepszy. Zwłaszcza w tak „wymarzonych” zawodach jak pisarz, podróżnik czy jakikolwiek artysta. Warto dążyć do marzeń, ale nie wiem, czy warto wszystko rzucić, by je spełniać. Może warto mieć jakiś „plan B”? Nie jestem co do tego pewna, po prostu głośno myślę. Może warto pamiętać, że pasja ma być po prostu pasją. Oczywiście cudnie by było, gdyby pasja mogła być pracą. Ale jeśli nie, to trudno. Jeśli nie, to będę robić coś innego. A o hobby będę dbać po godzinach. Wiesz, byłam niedawno na konferencji blogerów. I coś, co mnie niesamowice zszokowało to, że 99% uczestników koniecznie chciało zrobić z bloga biznes. Nie będę hipokrytką – pewnie, że też chciałabym z bloga żyć! Ale nie piszę po to, by stworzyć biznes i nie musieć pracować w jakiejś innej branży. Piszę, bo to lubię. I niezależnie od liczby „lajków” na Facebooku nadal będę to robić. Trochę się powtórzę, ale: pewnie, że chciałabym, by pisanie i podróże stały się moją pracą. Ale nie chcę dojść do punktu, gdzie staje się to obsesją. Jak będzie, tak będzie. Bez spiny.

Ja doszłam do wniosku, że z moim brakiem samozaparcia, to w życiu na blogu biznesu nie zrobię ;). Nie jestem w stanie zmusić się do regularnego pisania, więc piszę sobie, kiedy mi się zachce. Raz nie będe pisała przez miesiąc, a potem napiszę kilka wpisów z rzędu.

Przybij piątkę! Ja staram się pisać regularnie, ale przy preferowanej przeze mnie dlugości postów, tak czy siak, nie ma mowy o częstych publikacjach.

Pisanie bloga jest fajne. Lubię się dzielić tym, co mi samej sprawia radość. Cieszę się, jak ktoś coś z tego dla siebie wyciągnie. Jakiś czas temu wysłałam dwie koleżanki na wymianę młodzieży do Macedonii i wróciły tak zadowolone, że mimo, że sama jechać nie mogłam, podniecałam się razem z nimi, jak głupia. Ktoś inny podziękuje za jakiś wpis, znajdzie cenną radę. Każdy miły komentarz daje satysfakcję: być może nie zarabiam na swoim blogu, ale ktoś docenia to, co robię.

Masz rację z tym odzewem i z radością, jaką on sprawia. Choć niezmiennie mi z tym dziwnie. Może przez to, że, jak już wspomniałam, sama mam olbrzymi problem z uznawaniem kogoś za autorytet. Wszystko biorę przez sito. I chciałabym, żeby mnie też czasem tak brać. Bo wzór ze mnie żaden. Nawet staram się ostatnio ograniczyć przeklinanie. Przez to, że blog zwiększył zasieg. No i trochę też przez to, że odkryła go moja mama. 😀

Pozdrowienia dla mamy! Przed Tobą pewnie kolejne podróże. Czego Ci w związku z nimi życzyć?

Całego mnóstwa rzeczy! Szczęścia, funduszy, dobrej pogody, weny pisarskiej, życzliwych ludzi. Ale przede wszystkim, żebym zawsze miała dokąd i do kogo ze swoich wojaży wracać.

Dobra. To tego Ci właśnie życzę!

  • Co do zachowania bezpieczeństwa na stopa, to gdzieś kiedyś wyczytałam, że warto zapamiętać blachy kierowcy, a potem chyłkiem wysłać je smsem do jakiejś zaufanej osoby (przedtem się z nią oczywiście umawiając) – mamy/przyjaciółki/chłopaka, kogokolwiek. Jeśli robi się gorąco, to można wówczas powiedzieć potencjalnemu oponentowi, że jeśli coś nam się stanie, to w przeciągu godziny jego rejestracja trafi na policję.
    Zaznaczę, że nigdy na szczęście nie musiałam sprawdzić czy to działa, ale jak to mówią – przezorny… 😉

  • Świetna rozmowa 🙂 Sama nie byłam na początku przekonana do swoich studiów ale gdy w końcu zaczęła się część bardziej praktyczna i widzę, co można po nich robić, nie jest źle. A pasją powinna być pasją, odskocznią, dlatego z jednej strony zawód, z drugiej np. pisanie, czytanie, podróże… Zdecydowanie się zgadzam 🙂

  • Pingback: Spontaniczny autostop do Budapesztu | WITH LOVE()

  • Pingback: Podsumowanie podróży: Rok 2014()