Bez kategorii

Pogaduchy w kuchni: Archipelagi Kultury – Weronika Chodacz & Darek Żukowski

By 1 października 2014 No Comments

Przez cały poprzedni tydzień grałam w grę. I wcale nie był to Tomb Raider, a „Innowacyjna gra miejska o społecznikach i dysydentach” przygotowana przez Stowarzyszenie Antropologiczne „Archipelagi Kultury”. Wkręciłam się w nią na tyle, że swoimi wrażeniami na bieżąco dzieliłam się na Facebooku, a potem zebrałam je w jedną całość, próbując stworzyć pewną spójną historię. Wersja tl;dr dla tych, którym nie chce się czytać, pokrótce wyjaśniająca fabułę:

Dołączam do Towarzystwa Wzajemnej Pomocy, by wraz z innymi jego członkami wspomóc działalność profesora Floriana Chodorowskiego. Profesor od wielu lat bada zjawisko, które nazywa „matrycą faktogenetyczną”. W swoich badaniach przedstawia historię jako szereg rosnących na wielkiej powierzchni roślin – to poziom, który widzimy, przeżywamy i potrafimy dokumentować. Korzenie roślin są jednak dla nas niewidoczne. Konsorcjum Utrzymywania Porządku masowo usuwa niewygodne wydarzenia z historii. Naszym zadaniem jest je ocalić poprzez odtwarzanie i powielanie informacji o nich.

Ponieważ bardzo ciekawiło mnie, jak gra wyglądała od strony „roboczej”, postanowiłam zaczepić organizatorów i o to wypytać.

Justyna Sekuła: No to co? Dotarliśmy do końca gry. Bradzo się cieszę, że udało mi się dotrwać do finału, ale chciałabym, byście mi opowiedzieli, jak to wszystko wyglądało od początku: skąd w ogóle pomysł na taką grę i na taki jej temat?

Darek Żukowski: W latach 90. zacząłem grać w RPG. To była moja pasja przez bardzo długi czas, potem robiłem jeszcze portal fantastyczny ze znajomymi – jeden z nich intersował się poboczami fantastyki i gier i w pewnym momencie podsunął nam temat gier ARG, czyli Alternate Reality Games. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy by sobie z tego nie zrobić prywatnej rozrywki, ale stwierdziliśmy, że ARG-i są bardzo skomplikowane, wieloosobowe, ciągną się miesiącami – to bardzo niszowa rozrywka. Zaczęliśmy jednak iść tym tropem trochę dalej. Poza ARG-ami są też jednak różne inne odmiany gier z fabułą wkraczającą w świat realny, dużo łatwiej dostępne dla zwykłych ludzi.

Przeniosłem ten pomysł do stowarzyszenia. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy by nie spróbować z grą miejską. To, co działo się teraz, określa się mianem PeRG-a, czyli Pervasive Reality Game. Nie chcieliśmy robić typowej gry miejskiej, gdzie jest jakaś trasa do pokonania, trzy godziny, trzeba zrobić zadania na czas i kto wygrywa, ten dostaje koszyk prezentów. Chcieliśmy, by rzeczywistość gry i rzeczywistość realna możliwie blisko się ze sobą przeplatały. Jesteśmy świadomi tego, że gdy dysponuje się średnimi środkami i ograniczoną mocą ludzką, to może się to nie udać superperfekcyjnie. Nie mamy też jeszcze dużego doświadczenia. Myślę jednak, że dało się chociaż trochę odczuć, że te rzeczywistości się ze sobą przenikają.

Justyna: Ile osób było zaangażowanych w organizację gry i kto się czym zajmował?

Weronika Chodacz: Łącznie pięć osób, które zajmowały się wszystkim – od przygotowywania przestrzeni i lokalizacji, przez telefonowanie, po ganianie i pilnowanie, czy plakat wisi tam, gdzie ma wisieć. Praktycznie nie mieliśmy podziału ról, cały czas na bieżąco wszystko ustalaliśmy między sobą.

Darek: Aczkolwiek jedne elementy gry były bliższe sercu organizatorów niż inne. Na przykład akcja z Akropolem została wyróżniona jako jedna z ważniejszych. Pomyśleliśmy sobie, że, kurcze, byłoby fajnie, gdyby udało nam się coś takiego zrobić. Żeby te okna zaświeciły się tak samo, jak świeciły się wtedy, w 1982 roku.

Justyna: Najpierw wymyśliliście zakończenie gry, a dopiero potem zaczęliście się zastanawiać, czego może być zwieńczeniem?

akropol

Fot. Justyna Sekuła

Darek: Mniej więcej tak. Mieliśmy trochę zajawek, zastanawialiśmy się, jak je ze sobą powiązać. Ja się trochę bałem, chciałem robić to na skromniejszą skalę, ale śmielej myślący ludzie ze stowarzyszenia stwierdzili, że to się da zrobić. Czemu nie? Możemy spróbować.

Weronika: Naszym celem było pokazanie oddolnych akcji, o których nikt nie mówi, a które fajnie byłoby pokazać. To, co zrobiła tamta studentka [Krystyna Rogula, organizatorka akcji z 1982 roku], było przecież wyjątkowe. Tak samo jak akcja z goździkami na Rynku, ale zorganizowanie jej, to byłaby już jakaś wyższa logistyka. Właśnie tego rodzaju działania chcieliśmy nagłośnić, wypromować i pokazać. Wszystko narodziło się z odkrycia, jakie fajne rzeczy robili kiedyś fajni ludzie. Każdy z nas miał inklinacje do innego wydarzenia, które szczególnie lubił.

Darek: I tutaj wychodzi trochę ten nasz wewnętrzny niby to podział, niby nie podział. Bo mnie na przykład bardziej fascynują aspekty gry, mechaniki, tego, jak można przeprowadzić sam proces. A Weronikę bardziej interesuje samo wydarzenie, ideologia i cel edukacyjny. I właśnie nagłaśnienie pewnych spraw, przypominanie o nich jest celem naszego stowarzyszenia, nie zajmujemy się promocją gier miejskich – gra była tylko narzędziem.

Weronika: Przez cały czas mieliśmy pewien konflikt, mianowicie scenariusz i logika gry kontra pomysły na wydarzenia. Darek pytał nas: „Ale dlaczego z punktu widzenia gry to się miało wydarzyć, jaki to ma cel?”, a my na to: „Nieważne, jest fajna akcja, robimy, pokazujemy!”. I teraz, gdy patrzyłam, jak ci wszyscy ludzie zapalili światła w Akropolu, ciesząc się, że im się to w ogóle udało, Darek stał i klął, na czym świat stoi, bo przecież gracze mieli najpierw zapalić przyniesione ze sobą światełka.

Darek: Mam to do siebie, że najpierw się irytuję, gdy coś idzie nie tak, jak było zaplanowane, ale potem stwierdzam, że trzeba to przeboleć i iść do przodu, bo dzieje się, co się dzieje, i nie ma wyjścia.

Justyna: Idea gry była super, bo zmusiła do ruszenia się z domu, a przy okazji była bardzo angażująca, bo już na samym początku stwierdziłam, że chcę się w nią maksymalnie wkręcić. Gdy szłam do mieszkania profesora, strasznie się stresowałam. Na bieżąco też zdawałam relację znajomym, którzy razem ze mną wszystko przeżywali i pytali: „I co? I co dalej?”. Choć sami nie brali w grze czynnego udziału, wiedzieli, co się dzieje, i wspólnie doszliśmy do wniosku, że te światy faktycznie mocno się ze sobą przenikają i wszystko ma jakiś sens. Przy okazji bardzo dużo dowiedziałam się o Krakowie. Pewnie sama bym na te informacje nigdy nie wpadła i nie trafiłabym do wielu miejsc, w których przez ten tydzień byłam. Ot, choćby do Muzeum Kata, bo znalazłam je, poszukując informacji o Reginie Strzelimuszance. Stwierdziałam: „O, fajne miejsce, pójdę tam sobie”. Fajne było to, że odkrywało się kolejne tropy i nawiązania, i człowiek sam zaczynał dążyć do tego, żeby je wszystkie połączyć w jedną całość.

Processed with VSCOcam with c1 preset

Fot. Justyna Sekuła

Darek: Bardzo się zatem cieszymy, bo taki był nasz cel, który jednocześnie jest wpisany w cele programu Patriotyzm Jutra.

Weronika: Dokładnie. Patriotyzm Jutra zakłada alternatywne formy edukowania – poprzez zabawę.

Justyna: A zdarzyły wam się jakieś śmieszne historie podczas tego całego tygodnia z grą?

Weronika: Bardzo wiele!

Justyna: Opowiadaj!

Weronika: Trzeba ci wiedzieć, że mieszkanie profesora jest mieszkaniem naszej prezeski. Jakbyś bardzo mocno tłukła w szafę, to zobaczyłabyś, że za nią są jeszcze dwa pokoje i łazienka. Prezeska się tak strasznie stresowała, że ktoś to odkryje, i jak była po drugiej stronie, to przytrzymywała tylną ściankę szafy działającą jak odchylane drzwi. I gdy przyszła pierwsza graczka, a ona jeszcze nie miała doświadczenia, po wyjściu Darka i Andrzeja z mieszkania odruchowo zamknęła drzwi wejściowe [które miały pozostawać otwarte, by gracz mógł wejść i przebadać mieszkanie] na zamek. Graczka wszła na górę, powalczyła z klamką i poszła. Gosia się zorientowała, że drzwi są zamknięte, więc zbiegła za nią na dół i powiedziała, że jest sprzątaczką profesora. Była w mieszkaniu, usłyszała, że ktoś się dobija, więc zaprasza do środka. Dwa dni później do tego samego mieszkania miały przyjść egzemplarze czasopisma „Obywatelski Kraków”, naszego patrona medialnego, i Andrzej zamiast na nazwisko Gosi, zaadresował paczkę na nazwisko profesora.

Darek: Miało to jakiś sens, bo na domofonie nakleiliśmy karteczkę z jego nazwiskiem.

Weronika: Zadzwonił domofon, Darek odebrał i mówi: „Słuchajcie, przychodzi ktoś do profesora Floriana Chodorowskiego”. Więc zaczęliśmy błyskawicznie wynosić wszystko, co tylko jest możliwe, bo pokoje miały być puste. Na koniec jeszcze zamknęliśmy się za tą szafą. A tam ktoś puka, dzowni, puka, dzwoni i nie wchodzi.

Darek: A to listonosz!

Weronika: Zostawił pod drzwiami tę przesyłkę dla nas i sobie poszedł. A my siedzimy z listą graczy i zastanawiamy się: „Ci już przeszli, tamci jeszcze nie weszli. KTO TO BYŁ?”.

Justyna: Czy profesor to realna postać?

Weronika: Nie.

Justyna: A czy jego imię było powiązane z miejscami, które były do odwiedzenia w grze? Ulica Floriańska, Planty im. Floriana Nowackiego, ogród Florianka na Plantach krakowskich. To celowe czy zbieg okoliczności?

miejski_aktywizm

Fot. Dariusz Żukowski

Weronika: Taka postać nigdy nie istniała, imię i nazwisko jest przez nas wymyślone, ale z pewnego powodu… [Darek: Weronika nie ujawniła tego powodu w czasie wywiadu na dzień przed końcem gry, by nie psuć Justynie niespodzianki. Imię i nazwisko profesora, botanika hobbysty, wzięło się od „flory” i „hodowania” (na finałowym spotkaniu odnaleziony profesor wyjaśniał, że akcje związane z zielenią miejską to jedna z metod walki z Konsorcjum), a przy okazji stanowi ukłon w stronę fantastycznej twórczości Alejandro Jodorowsky’ego, którego cenimy].

Darek: Ale to ciekawe, co mówisz, bo wcześniej czytaliśmy trochę lietratury na temat PeRG-ów i gier alternatywnych. Autorzy pewnej książki, którzy sami przeprowadzili w Skandynawii dziesiątki takich gier, mówili o tym, że nie opanuje się każdego fragmentu rzeczywistości i gracze czasem szukają tropów, które okazują się perfekcyjnie pasujące do fabuły i nawet gdzieś prowadzą. Zresztą o to też chodzi – gra wkracza do rzeczywistości, więc i rzeczywistość wkracza do gry.

Justyna: Ciekawe było też to, że nagle wszystko stało się podejrzane. Chodziłam i ze skupieniem przyglądałam się wszystkim miejscom i wszystkim ludziom, którzy mnie mijali. Zabawna historia, bo w sobotę rano nastąpił jakiś błąd w systemie PKP Intercity i dostałam maila z powiadomieniem, że został kupiony bilet. Pomyślałam sobie: „Fajnie, gdzieś pojadę!”, ale potem znajomy na Facebooku napisał, że też dostał takiego maila, więc porzuciłam tę myśl. Grając, dorabia się pewne teorie do wszystkiego, co się wydarza, i nagle pewne elementy zaczynają do siebie pasować, a człowiek zaczyna się zastanawiać, czy one są częścią gry, czy nie.

Darek: Bardzo się obawialiśmy, że reklama, która była rozsyłana mailowo, wpadnie do spamu, bo były tam takie słowa jak „promocja” i „kupony rabatowe”. Większość z nas ma jednak skrzynki na Gmailu i Gmail to przepuścił, ale nie wiedzieliśmy, jak z innymi kontami. Do samego końca nie byliśmy pewni, czy ludzie dostaną powiadomienie o kolejnym etapie gry i ważnym tropie.

Weronika: Powiedz nam, jak cię potraktowano w Shake & Bake’u?

Justyna: To była jedna z rzeczy, która mnie, szczerze mówiąc, zawiodła, bo pani się w ogóle nie wczuła w rolę i pomyślałam sobie: „Kurcze, zmarnowany potencjał”. Pani po prostu powiedziała, żebym poczekała, to zaraz mi powie, jakie są kolejne kroki gry, i że przysługuje mi shake. „Oto on”. I to jedyna rzecz, do której mogłabym się przyczepić. Z drugiej strony to świetny pomysł na promocję miejsc. Kiedy siedziałam i czekałam, aż pani zrobi shakea dla kogoś innego, przestudiowałam wnikliwie całe menu i wyglądało na tyle zachęcająco, że z pewnością tam jeszcze wpadnę, tym bardziej, że czekoladowy napój, który dostałam, był całkiem niezły.

Darek: To jest specyfika tego typu imprezy – ktoś z danej organizacji się angażuje w naszą grę, bo go to ciekawi. Wiadomo: jeżeli stwierdzi, że go to nie interesuje, to nie nawiążemy współpracy. Natomiast to jest jedna osoba, której czasami uda się zarazić zapałem dwie, trzy inne, ale zawsze zdarzą się też takie, które nie kupią tej idei. Nie mają czasu, są zapracowane, albo już i tak mają do ogarnięcia trzysta innych zadań i po prostu odechciewa się im dodatkowych zajęć, a tu szefowa wymyśliła sobie, że będzie się bawić w jakąś grę. Nie mówię, że tak było w Shake & Bake’u, ale wyobrażam sobie, że mogłyby być takie reakcje. To jest dla nas nauka. Jeżeli będziemy robić coś podobnego w przyszłości, będziemy mieć o jedno doświadczenie więcej.

Justyna: A planujecie?

plakaty

Fot. Dariusz Żukowski

Darek: Ja bym bardzo chciał. Reszta stowarzyszenia jest na razie trochę zmęczona tym projektem, który był dość wyczerpujący. Wydarzeń może nie było aż tak dużo, ale całość była dość intensywna. Potem sobie myślałem, że z punktu widzienia gracza idzie się gdzieś, znajduje w jakichś sytuacjach, miejsach, wchodzi w interakcję z jakimiś rzeczami, zalicza zadanie i idzie dalej. Z punktu widzenia organizatora to jest praca kilku osób, które muszą gdzieś dojechać, coś sprawdzić, wydrukować i tak dalej – potrzeba wielu godzin przygotowań czegoś, z czego gracz ma satysfakconujące, ale w sumie krótkotrwałe doświadczenie. Patrząc od strony „produkcyjnej”, jest to wyczerpujące, i myślę, że musimy się z tym wzystkim przespać parę dni i zastanowić, czy kiedyś to powtórzymy.

Justyna: Na pewno z tego całego tygodnia będzie można wyciągnąć wiele pożytecznych wniosków.

Darek: Weronika i Gosia czuwają nad wszystkim również od strony finansowej i to też jest stresujące. No bo wszystkie faktury, rozliczenia, przesunięcia środków… To wcale nie jest łatwe, bo trzeba złożyć szczegółowy preliminarz, a wiadomo, że życie płata czasem figle i plany się zmieniają, następują pewne komplikacje… Za każdym razem jest to dodatkowa papierkowa robota. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że to też może wpłynąć na ocenę całego wydarzenia.

Justyna: Ile osób wzięło udział w grze?

Weronika: To bardzo trudno ocenić. W sumie ponad czterdzieści, z tym, że ludzie byli różnie zaangażowani. Na przykład ktoś pojawia się tylko na rekrutacji, a potem znika. Albo nie może przyjść do muzeum i coś tam pdoczytuje w Internecie. To jest rzecz, która spędza mi sen z powiek: jak podsumować, ile ostatecznie osób wzięło udział w grze? Utrzymanie zaangażowania ludzi przez cały tydzień to wielkie wyzwanie, nawet przy założeniu, że część rzeczy gracze mogli robić w różnych, dowolnie wybranych momentach.

Justyna: Nie dziwi mnie to, bo ludzie są leniwi. To, że trzeba gdzieś pojechać, coś zrobić, mimo początkowego zapału, może kogoś zniechęcać. Ja wolny czas wykorzystywałam na oderwanie się od komputera i łażenie po mieście, ale faktycznie wymagało to pewnej mobilizacji. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby ktoś nagle stwierdził, że ma inne plany na sobotę albo ciekawsze rzeczy do roboty – jeżeli się za coś nie zapłaciło, to dużo łatwiej odpuścić. Tak już jest i chyba niewiele da się z tym zrobić.

Weronika: Jeszcze z ciekawych anegdotek, to mieliśmy z tobą naprawdę wielką zagwozdkę, bo wiedzieliśmy, że nie zobaczyłaś tej kartki z notatnika, która wisiała nad biurkiem w mieszkaniu profesora. Nie zobaczyłaś jej, prawda?

Justyna: Nie! W ogóle jej nie zauważyłam! [przyp. red. Ale zdążyłam sobie zrobić selfie z rybą, hehe]

Fot. Dariusz Żukowski / Justyna Sekuła

Fot. Dariusz Żukowski / Justyna Sekuła

Weronika: Wszyscy ją zobaczyli. Niektórzy ją nawet zabierali. W końcu wymyśliliśmy, że złożymy ci życzenia imieninowe i tam przemycimy login i hasło do Notatnika Online.

Justyna: To było bardzo dobre, ucieszyłam się z życzeń. No właśnie – ciekawiło mnie, czy macie różne scenariusze dla różnych osób, na wypadek, gdyby ktoś was czymś zaskoczył. Dostosowywaliście grę do konkretnych sytuacji?

Darek: Chcieliśmy, by wszystko działo się w miarę automatycznie. Mieliśmy pewne założenia idealne, że ktoś zrobi coś w określonej kolejności i czasie, ale przygotowaliśmy też kilka wersji alternatywnych. Ale wyobrażaliśmy też sobie sytuacje, które mogłyby nas znokautować całkowicie, reakcje graczy, na które nie moglibyśmy w żaden sposób zareagować. Na przykład, dajmy na to, gracz nie wchodzi do mieszkania profesora, bo się boi nacisnąć klamkę, choć wcześniej dostał SMS-a z przyzwoleniem. Nie dzwoni na Centrum Wsparcia, nie dzwoni do profesora i odchodzi. Wtedy musielibyśmy jakoś wyjść do niego, co byłoby dość sztuczne. Albo na przykład gracze, którzy nie trafili do Domu Matejki… Jak to zrobić, żeby ktoś się w ogóle zainteresował obrazem Wyjście żaków?

Justyna: Ja go nie znalazłam. Wyjątkowo mi się wtedy spieszyło i stwierdziłam, że nie mam czasu, by się dokładnie przyglądać. Dopiero potem skojarzyłam napis na mapie i „Wyjście żaków” z tym, co pisaliście w mailach. I to był taki moment olśnienia: „Faktycznie! Jak mogłam na to nie wpaść?!”.

Darek: Zastanawialiśmy się, co będzie, jeżeli gracz nie zareaguje na dany problem, a potem nie zareaguje na żadną podpowiedź. Ale chyba tak się nie zdarzyło. Graczy było na tyle dużo, że trudno byłoby wszystkim sterować ręcznie, ale też na tyle mało, że mogliśmy skutecznie reagować w niepodziewanych sytuacjach.

Weronika: Jeszcze jedna anegdotka. Gdy przygotowywaliśmy mieszkanie profesora, wyrzuciliśmy wszytskie śmieci, bo baliśmy się, że gracze mogą szukać czegoś w koszu i nam zrobią bałagan, który trzeba będzie szybko sprzątać. Do tego stopnia przygotowaliśmy wszystko, że przemyślana była nawet zawartość szaf. Wynieśliśmy typowo kobiece ubrania. Ludzie mieli jednak tak duży opór przed zaglądaniem w różne zakamarki, że po prostu tego nie robili.

Justyna: Ja też miałam opór, choć doskonale wiedziałam, że to gra. Naprawdę się stresowałam, jak miałam wejść do cudzego mieszkania. Potem, jak spotkałam pana w Muzeum Matejki, który dał mi teczę „dla profesora”, pomyślałam sobie ze zgrozą: „O kurde! A ja do niego pisałam na ty w SMS-ach!”. To wszystko było bardzo realne.

Darek: Gracze zwracali nam uwagę na to, że profesor miał się zajmować roślinami na swoim balkonie, a tam była totalna pustka.

Justyna: Faktycznie, tam akurat zajrzałam.

Darek: Powstały dwie wersje scenariusza, które nie do końca się zgrały. Historia stojąca za tym wszystkim miała być taka, że Konsorcjum Utrzymywania Porządku po prostu weszło do mieszkania profesora i całkowicie opróżniło je z wszystkich rzeczy, zwłaszcza dokumentów. Potem zaczęliśmy się zastanawiać, czy gracze zrozumieją, o co chodzi, gdy zobaczą puste mieszkanie. I czy nie wyda im się, że na przykład źle trafili.

Justyna: No tak, to wyjaśniło się dopiero później, bo wynikało z notatek profesora, ale gdy weszłam do mieszkania, to wydało mi się po prostu nie do końca zamieszkane.

Darek: Na początku forsowałem wersję, że mieszkanie jest opuszczone i opróżnione przez kogoś, kto czegoś szukał. Żeby był taki bałagan: pootwierane szuflady, przewrócone półki, rozrzucone rzeczy. Po pewnych negocjacjach ustaliliśmy jednak, że mieszkanie będzie wyglądało, jakby ktoś tam mieszkał. Gosia miała na przykład w szafach swoje ubrania i zostawiła w nich takie, które wyglądały na męskie.

Weronika: Mieliśmy konflikt, bo była też druga grupa, która uważała, że należałoby podrzucić jakieś damskie szpilki, bo czemu nie?

Justyna: Czy była jakaś akcja z Termometrem Uczuć Krakowa pod Barbakanem? Czytałam o niej w notatkach profesora, ale chyba mnie coś ominęło. Jak to wyglądało?

Fot. Dariusz Żukowski

Fot. Dariusz Żukowski

Weronika: Była. Zrobiło nam się pewne zamieszanie z kartkami podkładanymi w Shake & Bake. Dostałaś inną, niż dla ciebie zaplanowaliśmy – sobotnią, choć powinnaś była dostać z czwartku lub piątku.

Justyna: Czyli pominęłam jedno zadanie. Na czym ono polegało?

Weronika: Polegało na tym, że jak przychodziło się pod Kino Kijów i rozkminiało napis [namalowany wcześniej przez nieznanych nam grafficiarzy], dzwonił telefon w budce. Głos w telefonie mówił, by spojrzeć na górę automatu. Tam były kołki. Trzeba było je wziąć i iść z nimi pod Barbakan, gdzie spotykało się inne osoby, które też miały kołki. Pod Barbakanem ukryty był termometr z nawierceniami na ich włożenie. Gracze, układając kołki zgodnie z temperaturą na termometrze, odczytywali litera po literze napis. Głosił: „Możemy spokojnie jechać na wakacje, wojny nie będzie”. W 1939 roku faktycznie pojawiła się taka wypowiedź w mediach. Przy tym zadaniu także zdarzyła nam się śmieszna historia, bo pewne dziecko, które grało ze swoją mamą, postanowiło być sprytne. Schowało się w Kinie Kijów, poczekało, aż Darek podłoży nowe kołki, i rzuciło się na nie, zanim zdążyła przyjść kolejna graczka.

Darek: To chyba stało się przypadkiem, bo dziecko do końca mnie nie widziało. Ja nieco wcześniej byłem w kawiarni Kina i obserwowałem sobie, co się dzieje. Barmanka i jedno starsze małżeństwo, które tam było, patrzyli na mnie podejrzanie – być może myśleli, że jestem jakimś szpiegiem albo pochodzę z półświatka i wypatruję czegoś na dole. Zwykle było tak, że gracz spędzał przy telefonie góra 10 minut, po czym szedł. Ale wiadomo, graczce z dziećmi zajęło to nieco więcej czasu. W końcu znikła, a ja nie zauważyłem, że weszła do kina. Za moment mają się pojawić kolejne graczki, dla których już podłożyłem nowe kołki, a ona wychodzi, raz jeszcze kieruje się do telefonu, a jej córka odnajduje nowe kołki. Dzwonię do Weroniki – co robimy? Mieliśmy ograniczoną liczbę kołków. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko jakoś ją z tego miejsca odciągnąć.

Justyna: A czy wzmianka o masakrze społeczników w Łodzi była zmyślona? Szukałam informacji o tym wydarzeniu i nic nie znalazłam.

Darek: Bo zostało wykasowane z matrycy przez Konsorcjum!

Justyna: Tak myślałam. To też było bardzo dobre zagranie.

Darek: Tak. To było wymyślone jako pierwsze wydarzenie, którego profesorowi nie udało się ocalić. W ogóle wszystko się trochę przesunęło w czasie. Mieliśmy pewien plan idealny, którego nie udało się do końca zrealizować. Ja to widziałem tak, żeby ludzie dłużej krążyli po plakatach, bo to wymaga trochę czasu. Zastanawialiśmy się też, czy gracze będą wiedzieli, co to są QR kody. Chciałem, żeby na plakatach adresy kolejnych punktów zakodowane były tylko za pomocą QR kodów, ale jako stowarzyszenie mamy podejście wyrównujące szanse. Jeżeli ktoś jest uboższy i nie ma smartfona, to dlaczego ma sobie nie pograć? Z drugiej jednak strony chciałem postawić ludziom wyzwania. Jeżeli ktoś sam nie ma telefonu, to może poprosi kogoś o pomoc? Trzeba stawiać na inteligencję i rezolutność graczy. Ostatecznie zrobiliśmy mieszaną wersję, dzięki której można było przejść również bez QR kodów. Zastanawiałem się też, czy ludzie zdążą jeszcze tego samego dnia wejść na stronę internetową i wysłuchać nagrania. To wszystko tak naprawdę zajmowało trochę czasu i dlatego wydarzenie pod Akropolem miało być dzień później, ale trudno. To są właśnie pewne trudności operacyjne, które czasem wymykają się spod kontroli.

Justyna: Zastanawiałam się, jak idzie gra ludziom, którzy nie mają stałego dostępu do Internetu. Ja pracuję przy komputerze, dużo korzystam też ze smartfona, więc byłam cały czas na bieżąco.

Weronika: Nie było z tym problemu. Problemem było to, żeby się stawić o określonej godzinie w określonym miejscu. Na przykład Dom Matejki dla ludzi pracujących do 18 był czasem nieosiągalny. Dostaliśmy cynk, że jakiś człowiek dobijał się tam o 18:30 i już nie został wpuszczony. Głupio napisałam na mapie „Szybko!”, więc uznał, że należy się tam stawić… szybko. Ale na szczęście się nie włamał. Dla mnie „szybko” znaczyło jutro lub pojutrze. A nie od razu.

Justyna: Ja też poszłam od razu, ale to było przed 14. Panie przy wejściu były pro, od razu zapytały mnie o legitymację Towarzystwa, wszystko spisały i dopiero wtedy powiedziały mi, gdzie mam iść.

Darek: To jest super – taki pomysł, który jest małym zalążkiem i nagle przeradza się w bardzo skomplikowany plan, którym dodatkowo można zarazić inne osoby. Nagle zbiera się grupa ludzi, których jara ten sam temat i chcą ze sobą współpracować. To jest bardzo satysfakcjonujące.

Justyna: Brałam kiedyś udział w grze miejskiej, ale od strony organizatora. Robiło ją wtedy Muzeum Narodowe. Stwierdziłam, że z chęcią dowiem się, jak to jest, być uczestnikiem, bo tego typu akcje wydają mi się świetnym sposobem na spędzenie wolnego czasu i spojrzenie na miasto, po którym chodzi się zazwyczaj bezrefleksyjnie, z innej perspektywy. Koło Studzienki Badylaka przechodziłam milion razy, a jakoś nigdy nie wnikałam w historię, która się z nią wiąże. To, że gra splatała się tak dobrze z rzeczywistością, powodowało, że całkiem nieźle można się było wczuć w te wszystkie wydarzenia i poczuć faktycznie jak członek jakiejś konspiracyjnej organizacji. Z jednej strony nie mogłam się doczekać, kiedy się wszystko wyjaśni, z drugiej było mi strasznie szkoda, bo to oznacza koniec gry. Z chęcią pograłabym dłużej. Wielkie dzięki za dobrą zabawę!

profesor

Z profesorem Florianem Chodorowskim 🙂

Fot. w nagłówku: Dariusz Żukowski