Zawarłam ze sobą układ: odpuszczam jedną autokarówkę, ale w zamian za to jadę na wszystkie inne. Po egzaminie połówkowym wylądowałam w samym środku kursowego kryzysu, który prędzej, czy później, dopada wszystkich i wiedziałam jedno. Jeżeli pojadę na znienawidzony przeze mnie Dziki Zachód, to rzucę ten kurs w cholerę.

1

To skomplikowane albo syndrom sztokholmski

Gdybym miała oznaczyć na Facebooku status swojego związku z autokarówkami, nie miałabym żadnych wątpliwości: “To skomplikowane”. Dzisiaj myślę sobie, że była to relacja bardzo patologiczna, podpadająca pod klasyczny przykład syndromu sztokholmskiego, który Wikipedia definiuje tak:

“Syndrom sztokholmski – stan psychiczny, który pojawia się u ofiar porwania lub u zakładników, wyrażający się odczuwaniem sympatii i solidarności z osobami je przetrzymującymi. Może osiągnąć taki stopień, że osoby więzione pomagają swoim prześladowcom w osiągnięciu ich celów lub w ucieczce przed policją. Syndrom ten jest skutkiem psychologicznych reakcji na silny stres oraz rezultatem podejmowanych przez porwanych prób zwrócenia się do prześladowców i wywołania u nich współczucia”.

Moim prześladowcą był autokarowy mikrofon, z którym przyszło mi żyć w drugiej części szkolenia.

2

Kochałam autokarówki

Zapisywałam się na Kurs Przewodników Beskidzkich z silnym lękiem przed publicznymi wystąpieniami. To nie była kwestia tego, że nie lubię mówić. Kocham opowieści. Byłam świadoma tego, że skoro tak dobrze czuję się ze słowem pisanym, to nie będę miała żadnych problemów z tym, by w końcu oswoić i słowo mówione. Równie piękne i jeszcze bardziej wartościowe, bo da się schować między wierszami o wiele więcej emocji, które niesie ze sobą głos. Ja po prostu nie znoszę, gdy gapi się na mnie banda ludzi, która nie wchodzi ze mną w żadną interakcję – tylko słucha. Scena nigdy nie była moim miejscem. O wiele lepiej czuję się w roli reżysera. Kreatora zdarzeń, który może potem stanąć z boku i patrzeć, co się dzieje. Albo po prostu wejść między ludzi, z którymi można porozmawiać.

Autokarowy mikrofon skutecznie rozwiązał ten problem. Mogłam siedzieć sobie wygodnie, patrzeć na kolejne kilometry drogi uciekającej pod kołami i puszczać wodze fantazji. Kończyło się to zazwyczaj tym, że faktycznie mocno je puszczałam. Zapędzałam się często w najbardziej pokręcone zakamarki mojego umysłu, który podsuwał mi pod język najbardziej fascynujące mnie historie. I podobno nawet dobrze się ich słuchało.

Problem w tym, że były zazwyczaj zupełnie nieadekwatne do tego, czego autokarówki od nas wymagały i jaki był w ogóle ich cel.

3

Nienawidziłam autokarówek

Zawsze bliżej było mi do krajoznawstwa, niż turystyki i nigdy tak naprawdę nie pokochałam się z topografią. Był to związek z rozsądku, racjonalna decyzja, która pozwala skutecznie dotrzeć do określonego celu. Czasem ludzie biorą śluby tylko po to, żeby móc wziąć razem kredyt albo dostać pozwolenie na legalny pobyt w danym kraju. Moim celem było ukończenie Kursu i zdobycie przewodnickich uprawnień, a wraz z nimi Czerwonej Peleryny Superbohatera. Miała mi otworzyć drzwi do spełniania kolejnych marzeń związanych z przemierzaniem beskidzkich szlaków. Przez półtora roku darzyłam więc topografię chłodnym dystansem, uśmiechając się do niej przez zaciśnięte zęby, którymi w czasie autokarówek zaczęłam mocno zgrzytać.

Autokarówki to jedna wielka topografia. Co widać w lewych oknach autokaru. Co widać w prawych oknach autokaru. Gdzie należy skręcić na najbliższym skrzyżowaniu. Dokąd można by dojechać, gdyby się skręciło w drugą stronę. I jak wjechać na parking, na którym można zaparkować, nie przejeżdżając po drodze przez mosty, których nośność nie wytrzyma (przynajmniej w teorii) 18t wagi pojazdu, którym się właśnie poruszamy.

O ile w trakcie pierwszej części szkolenia, jaką było przemierzanie beskidzkich szlaków z buta, taki związek-wydmuszka przechodzi, o tyle autokarówki bezlitośnie obnażają wszystkie jego słabe strony. A stres uczestniczenia w tego typu wyjazdach jest tym większy, im bardziej nie ogarniasz.

4

Jak wyglądają autokarówki?

Pamiętam, że gdy kończyliśmy pierwszą część szkolenia, przewodnicy, z którymi się spotykaliśmy, kiwali z troską głowami i mówili nam: “Teraz to Wam się dopiero zacznie!”, “Najgorsze dopiero przed Wami, trzymajcie się”, “Współczuję Wam! Cieszę się, że mam to już za sobą…”. Myślałam sobie wtedy: “Do cholery, nie może być przecież aż tak źle!”. Było jeszcze gorzej 😉

Ciężko opowiedzieć o tym doświadczeniu osobie, która nigdy nie znalazła się na siedzeniu obok kierowcy, nie dostała mikrofonu w rękę i nie został na nią zrzucony ciężar posiadania wiedzy, która NIE MA SZANS pomieścić się głowie, bo jest jej zwyczajnie za dużo. O ile podczas części pieszej trzeba było przygotować się z dwóch miast (tym, w którym się startowało i tym, w którym się kończyło) oraz ok. 30 km trasy, po której się poruszało, o tyle na autokarówce zwiedza się tych miast około 10-12, a pokonuje jakieś… 300 km trasy. Tak, w czasie jednego weekendu.

Na początku nie jest źle. Odcinki są podzielone i każdy Kursant wie, na którym etapie przejmie prowadzenie. Potem poziom trudności rośnie. Połowa trasy i obiektów przypada jednej grupie, połowa drugiej. I wiadomo, że jeżeli jest się przydzielonym do pierwszej części dnia, to nie trafi się na mikrofon w drugiej. Tak samo z miastami. Ale w końcu zaczyna się jazda bez trzymanki, kiedy wszyscy muszą wiedzieć wszystko i być gotowi na to, że w dowolnym momencie zostaną poproszeni do dalszego pilotowania. Autokarówkowy cykl kończy się wyjazdem, w którym nawet trasa nie jest do końca znana, a przygotowując się do niego wie się jedynie o kilku punktach, przez które będzie się przejeżdżało. I mniej więcej właśnie tak wygląda wewnętrzny egzamin, którym kończy się Kurs Przewodników Beskidzkich w Studenckim Kole Przewodników Górskich w Krakowie.

Nie każdy Kurs Przewodników Beskidzkich ma w programie swojego szkolenia takie atrakcje. A nawet jeżeli ma, nie zawsze przebiega to aż tak intensywnie. Kurs krakowski mocno nastawiony jest na praktyczne aspekty pracy przewodnika górskiego, którego działalność bardzo często łączy się również z pracą pilota. Z uwagi na to, że wycieczki, które jadą w góry, muszą w te góry najpierw jakoś dojechać, w drugiej części szkolenia ćwiczymy właśnie wszystko to, co się z tym wiąże: pracę z mikrofonem, pracę z kierowcą, pracę z grupą w miejskich warunkach, itd.

5

Jak przeżyć autokarówki i nie rzucić kursu w cholerę?

Dzisiaj, będąc już po Czerwonej Stronie Mocy, mogłabym Kursantom, którzy przeszli przez “połówkę”, powiedzieć dokładnie to samo, co kiedyś inni mówili mi: “Teraz to Wam się dopiero zacznie!”, “Najgorsze dopiero przed Wami, trzymajcie się”, “Współczuję Wam! Cieszę się, że mam to już za sobą…”. Nie ma się co czarować. Druga część szkolenia jest zwyczajnie przerąbana. Ale nikt nie powiedział, że łatwo jest zostać Superbohaterem. Na Czerwoną Pelerynę i Supermoce zwyczajnie trzeba sobie zapracować 🙂 Jest jednak kilka trików, które pozwalają przejść przez ten czas bez dogłębnych szkód na psychice i dotrzeć do końca. Tam, gdzie miejsce elity.

Po pierwsze: “przeżyć” to najlepsza rada. Autokarówki są bardzo angażujące, bardzo wyczerpujące i bardzo dołujące. Ale da się je wziąć na klatę. To zazwyczaj ten etap, gdy człowiek naprawdę poważnie zastanawia się nad tym, co go podkusiło, żeby na ten Kurs się w ogóle zapisać i dlaczego marnuje swoje życie w ten sposób. To też ten etap, kiedy naprawdę jedynym, na co się czeka, jest moment, w którym to wszystko się skończy. TO NORMALNE. Ja w czasie autokarówek myślałam sobie o dwóch rzeczach: że w tym momencie nie opłaca się już tego rzucać w cholerę, bo zainwestowałam w swoją obecność na Kursie zbyt dużo czasu, energii i pieniędzy oraz że skoro naprawdę nic nie jest w stanie mnie już zmotywować, to… Zrobię ten Kurs dla polara! 😀

Po drugie: trzeba sobie uświadomić, że na autokarówkach pewnych rzeczy się po prostu NIE DA. Nie da się wszystkiego wiedzieć, nie da się być zawsze super przygotowanym, nie da się zawsze być wygadanym i z pasją opowiadać o tym, o czym akurat opowiadać przyjdzie. Czasem trafi się na beznadziejnie nudny odcinek trasy. Czasem trafi się na temat, który kompletnie nie leży. A czasem ma się po prostu słaby dzień i najchętniej wróciłoby się do łóżka. Przed każdą autokarówką miałam ochotę sobie ją odpuścić. PRZED KAŻDĄ. Ale zawsze mówiłam sobie w duchu, że lepiej nie wiedzieć nic, jechać i wrócić do domu bogatsza o nową wiedzę, niż nie wiedzieć nic, nie jechać i dalej tkwić w tym samym punkcie. Nie ma się co oszukiwać. Nie da się potem tego nadrobić samemu. Dziękowałam bukowi, że na egzamin końcowy nie pojechaliśmy na zachód, bo na pewno bym tego egzaminu nie zdała.

Po trzecie: druga część szkolenia to część, która nie tylko mocno weryfikuje zdobytą do tej porę wiedzę i umiejętności, ale też relacje w grupie. To właśnie na tym etapie wychodzi, komu na Kursie tak naprawdę zależy, a kto próbuje się tylko prześlizgnąć kosztem innych. To wtedy okazuje się, na ile zgrani są Kursanci, na ile zorganizowani i czy mogą na siebie wzajemnie liczyć. Nasz Kurs zdał na 6 wszystkie egzaminy, które postawiło przed nami kursowe życie na jego finiszu. Wspólnie tworzyliśmy skrypty do nauki, wspólnie uczyliśmy się przed wyjazdami, wspólnie motywowaliśmy się do tego, żeby… PRZETRWAĆ.

Wiem, brzmi to dość dramatycznie. Jedni ten czas i wyzwania znoszą lepiej, inni gorzej. To też NORMALNE. Wszyscy, którzy Kurs ukończyli, przez to przeszli. I każdy jeden przewodnik powie to samo: DA SIĘ. A satysfakcja, którą się zyskuje na końcu, wynagradza wszelkie trudy.

6

Powodzenia!

Na koniec zamieszczam tekst, który popełniłam w marcu, pod koniec Kursu:

„Jest taki moment w czasie górskiej wędrówki, kiedy zmęczenie bierze górę i zaczynasz mieć wszystkiego dość. Zastanawiasz się, po jaką cholerę ci to było i co się w ogóle podkusiło, by opuścić domowe, bezpieczne pielesze. Każdy krok to walka. Nie tylko ze swoim ciałem, które zaczyna się buntować, ale także, a może przede wszystkim, ze swoją głową, która najchętniej usiadłaby na przydrożnym kamieniu, cichutko załkała i drżącymi wargami wyszeptała, że chce do domu.

Jeżeli zastanawiacie się, jak wygląda ostatnia prosta na Kursie, to wygląda właśnie tak: jedyne, o czym się marzy, to o tym, żeby się skończył i żeby już nie trzeba było się męczyć. Pewnie bym sobie odpuściła, gdyby nie fakt, że wiem, co będzie dalej.

Dajesz więc sobie czas na chwilę słabości, a potem mówisz głowie: „Moja droga głowo, odpoczywasz tu sobie 15 minut, a potem idziemy dalej”. Głowa trochę się opiera, trochę marudzi, trochę jeszcze protestuje, ale widzisz, że racja jest już po twojej stronie. Wyciągasz więc ostateczny argument: „Stara, szliśmy tutaj 12 godzin, chyba nie powiesz mi, że lepiej przez 10 kolejnych wracać na dół, niż jeszcze przez 3 iść do góry?”. Głowa nic nie mówi i milcząco godzi się, prawie niezauważalnie potakując. Zabierasz więc głowę pod pachę, wstajesz i idziesz dalej. Pot leje ci się z czoła, mięśnie drżą i w zasadzie przestajesz już liczyć, którą „kurwą” rzuciłeś pod nosem. Patrzysz na swoje własne buty, bo nie chcesz się dobijać odległością, która została ci jeszcze do przejścia. Aż w końcu zadzierasz głowę (spod tej pachy) i widzisz, że z chmur wyłania się szczyt – cel twojej wędrówki. Serce zaczyna bić ci szybciej i pomimo zmęczenia uśmiechasz się do siebie, bo wiesz, że nic nigdy nie zastąpi ci tego uczucia radości i zadowolenia, kiedy zrzucisz plecak z obolałych ramion i sam sobie w duchu pogratulujesz, że kolejny raz dałeś radę. A kiedy spojrzysz na ledwo widoczną ścieżkę wijącą się w oddali, pomyślisz sobie, jak zawsze, że to właśnie ona była najważniejsza, ta droga: kręta, wyboista i trudna. Dzięki niej jesteś trochę silniejszy. W sumie to mógłbyś przenieść tę górę, na szczycie której właśnie stoisz. Bo czemu nie?

Zdałam ostatnią rzecz do zaliczenia, wysłałam ostatnie opisy do skryptu, niebawem czeka mnie ostatnia autokarówka i ostatni wyjazd pieszy. Moja droga głowo, idziemy dalej! Już widać szczyt :)”

Fot. Aga Łach