Dym snuł się nisko przy ziemi. W światłach zachodzącego Słońca wyglądał jak ogień. Leniwie rozprzestrzeniał się po polach walcząc z cieniem, który coraz śmielej kładł się na trawie. Tak pachnie jesień. Tak się zaczyna festiwal umierania. Od dymu, który nisko snuje się przy ziemi. Im jestem starsza, tym spokojniej się temu przyglądam. Im jestem dojrzalsza, tym bardziej to lubię. Być może życiowa mądrość to akceptacja rzeczy, których nie da się zmienić?

Beskid Sądecki, Pasmo Radziejowej

Stała na tle gór i wydawała się być nieobecna. Przestrzeń wypełniła muzyka, cicha i tęskna, która (jestem pewna) również snuła się przy ziemi, wnikając w jej głąb, daleko do środka, jakby sama chciała schronić się przed nadchodzącą zimą. Kobieta otworzyła oczy i rzuciła nam niewidzące spojrzenie, spojrzenie z gatunku tych, które przenika przez ciało, przez budynki i przez drzewa, które biegnie daleko, hen, za horyzont i załamuje się gdzieś na krzywiźnie Ziemi. Nie przestawała grać. Obracała się powoli wokół własnej osi, a Wszechświat musiał podążać wtedy za nią — była tym punktem, który na chwilę staje się centrum wszystkiego, w którym skupia się wczoraj, dziś i jutro, bo czas nagle spowalnia, albo, kto wie, może nawet zatrzymuje się na chwilę, by każdy mógł to zobaczyć, usłyszeć, poczuć, nawet jeżeli znajduje się w zupełnie innym miejscu. To te ułamki sekund, mgnienie oka, moment, w którym wydaje Ci się, że coś Ci się przywidziało, że zmysły Cię oszukują, że rzeczywistość niezauważalnie zmienia się, jak gdyby ktoś w ciemnym pokoju uchylił grubą kotarę. To ten przebłysk, promień, który szybko przebiega po podłodze, rozświetlając drobinki kurzu, gwiezdny pył, który osiadł na deskach, jasność, która momentalnie gaśnie, ledwo zdąży rozbłysnąć. Gdyby nie to, że zrobiłam jej zdjęcie, mogłabym przysiąc, że nigdy nie istniała. Że była grą światła, optycznym złudzeniem, że sobie ją wymyśliłam. Kiedy dźwięki ucichły, Słońce zaszło.

Beskid Sądecki, Wola Korgulecka

Pannonica Folk Festiwal to ostatnie tchnienie lata. Ostatni weekend wakacji. Ostatnie tak upalne dni. Bałkańskie rytmy, pełne energii i życia, wciskają się w ten czas końca, na przekór temu, co potem się wydarza. W Barcicach nie istnieją wtedy coraz krótsze dnie, coraz chłodniejsze wieczory. Nie ma porannych mgieł, gęsiej skórki i kulenia się w sobie. Koniec sierpnia rządzi się swoimi prawami.

Pannonica rozbrzmiewa dźwiękami instrumentów dętych, głośnym śmiechem dzieci, dramatycznym „Kto wydoi moje kozy?!” budzącym ze snu o 4 nad ranem. Pannonica pachnie słomą, która kłuje w brzuch, polską łąką w zakładanym na głowę wianku, ziołową nalewką domowej roboty. Pannonica smakuje ciepłym prołziokiem z masłem czosnkowym, owsianką z bakaliami, której zawsze za mało, chlebem ze smalcem i kiszonym ogórkiem. Pannonica to gorące Słońce, które grzeje w kark i zimne wody Popradu, które chłodzą stopy. Brak tchu po zbyt intensywnym tańcu i błogość odpoczynku w cieniu drzew.

To ten czas w ciągu roku, w którym, jak w soczewce, skupia się radość i ekspresja, bez nadęcia, bez patosu, w formie czystej jak górskie powietrze. To to miejsce, w którym twórczość spotyka się z ludzką wrażliwością, tworząc najpiękniejszy duet. To tutaj ludzie uśmiechają się do siebie bez powodu.

A może z powodu wszystkiego.

Pannonica Folk Festival