Jest noc. Siedzę oparta o ścianę, dłonie bezwładnie spoczywają na klawiaturze. Przymykam oczy i marzę o tym, by słowa pisały się same, niezakłócane rytmicznym postukiwaniem w plastikowość liter. Noc, cisza, spokój. Wdycham je wraz z powietrzem, bo oto nagle znowu stały się czymś nowym, czymś niezwykłym, czymś dziwnym, po całym tygodniu funkcjonowania na najwyższych obrotach. Takich, które wykańczają organizm, dając mu nieźle popalić, ale jednocześnie zalewają mózg ogromną falą ednorfin, która skutecznie pozwala mieć to wszystko gdzieś, chodzić późno spać i po kilku godzinach być już na nogach, by dalej ćpać tę radość życia. Uwielbiam ten rodzaj spontaniczności, który nie każe się za długo zastanawiać, myśleć i analizować, tylko napędza do działania i nagle okazuje się, że wciąga nas wir wydarzeń i w zasadzie nie mamy już innego wyjścia, jak tylko mu się poddać, popłynąć z prądem i cieszyć japę.

Kiedy więc Karolina zapytała, czy mam ochotę pojechać autostopem do Budapesztu, bez namysłu odpisałam: Dobra!, mając przeczucie, że będzie fajnie. Półtora dnia później stałyśmy już przy jednej z krakowskich ulic, wymachując kartką z napisem Katowice. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo stęskniłam się za byciem w drodze, setkami przejechanych kilometrów i przybywaniem do celu.

Dosyć szybko udało nam się dostać do Rybnika, w którym jest milion rond i chyba ani jednego skrzyżowania, gdzie zastał nas wieczór. Po głowie tłukło mi się zdanie wypowiedziane przez kobietę, która dopiero co nas wysadziła z samochodu: Ale tak w marcu na stopa? Przecież jest jeszcze zimno! – pobłogosławiłam wtedy swoją życiową zaradność, naciągnęłam mocniej czapkę na oczy i zapięłam rzepki od kurtki wokół rękawiczek, bo cóż mi innego pozostało? Jeżeli kiedykolwiek strzeli Wam do głowy, by spontanicznie wybrać się w podróż autostopem, nigdy nie zaczynajcie jej o 16-tej, no chyba, że jedziecie do sąsiedniej wiochy. Przestępowanie z nogi na nogę przerwało mi gwałtowne zatrzymanie się samochodu, w którym siedzieli młodzi chłopcy, sztuk trzy, z których dwójka trzymała w ręce piwo. Super.

Westchnęłam sobie pod nosem, snując w głowie czarne wizje o tym, jak to lądujemy na najbliższym drzewie, ale nie zdążyłam ich sfinalizować, bo nie ujechaliśmy 500 m, a… zatrzymała nas policja i Wąsacz, ochrzczony mianem skurwysyna (lub skurwysyn ochrzczony mianem Wąsacza), wlepił chłopakom mandat za przekroczenie prędkości. Pół godziny później, kiedy udało mu się go wreszcie wypisać, ruszyliśmy dalej i dopiero wtedy mogłyśmy opowiedzieć, co my tu robimy w nocy, same i po jaką cholerę jedziemy w ogóle do tego Budapesztu. Chłopaki zarazili się naszym entuzjazmem tak mocno, że zamiast na granicę polsko-czeską, zawieźli nas do samej Ostravy, a potem rzucili na najbliższą stację benzynową w kierunku Brna, w którym miałyśmy spędzić noc, bo było już jasne, że nie ma szans, byśmy się doturlały do Bratysławy.

1

Pomiędzy wyjadaniem sałatki, która została nam ze śniadania, a opychaniem się czekoladą, podszedł do nas Pan Czeski Policjant, zmierzył nas wzrokiem, zapytał, czy jedziemy na stopa i poinformował, że nie możemy stopować na autostradzie, bo jest za to pokuta. Obżerałyśmy się więc dalej i co chwilę zaczepiałyśmy przychodzących na stację ludzi, pytając, czy aby nie jadą do Brna (nie jechali) i już, już miałyśmy iść w akcie desperacji na tę autostradę (bo było już po 22), kiedy niczym anioł objawił się mężczyzna, który był Polakiem. Mało tego – jechał do Brna i dodatkowo był jeszcze z kolegą, dzięki czemu mogłyśmy się władować do TIR-ów, którymi do tego Brna zmierzali i odetchnąć z ulgą, że nie będziemy musiały koczować na stacji do rana. Po serii pytań z gatunku: Nie boisz się? Chce ci się?Dlaczego masz w sobie tyle energii? Jest środek nocy! odbyliśmy kilka rozmów na temat życia, pokolenia, które od dziecka wychowuje się z komputerami i tego co (i czy w ogóle) zmienilibyśmy, gdybyśmy mogli cofnąć czas, po czym nagle okazało się, że jesteśmy już na miejscu. Podziękowałyśmy ładnie i ruszyłyśmy w stronę oddalonego o ok. 5 km centrum, by znaleźć mieszkanie Veroniki, którą poznałam na EVS-ie. Całą drogę gryzło mnie sumienie, że tak o, z dupy, zwalamy się jej na głowę w środku nocy, ale za bardzo nie miałyśmy innego wyjścia.

2

Po wypytaniu o drogę kilku napotkanych (mniej lub bardziej pijanych) ludzi, za każdym razem wskazujących nam inny kierunek i mówiących, że To 15 minut stąd, trafiłyśmy w końcu na dwóch miłych chłopców, którzy zaprowadzili nas we właściwe miejsce. Odebrała nas zaspana Veronika, którą uściskałam czule, po czym udałyśmy się do jej mieszkania, zrzuciłyśmy swoje garby i padłyśmy nieżywe na materac. Mimo późnej pory i zmęczenia nie mogłam zasnąć, bo mój mózg nadal pływał w endorfinach, analizował wydarzenia minionego dnia i puszczał do mnie oko, śmiejąc się, że to dopiero początek. Kilka godzin później zadzwonił budzik, więc zebrałam swoją leniwą dupę i z zamkniętymi w połowie oczami powlokłam się wraz z dziewczynami na zwiedzanie miasta, które było urocze, ale nie urzekło mnie na tyle, by jeszcze kiedyś do niego wrócić. Nie to, co Budapeszt… – rozmarzyłam się, zastanawiając nad fenomenem miejsca, które polubiłam od pierwszej chwili i czuję się w nim, jak w domu. Ale nie wymyśliłam nic sensownego.

3
4
5
6

Koło południa stałyśmy już na wylotówce do Bratysławy i rozpuszczone wcześniejszym, krótkim czekaniem na podwózkę, po kilkunastu minutach zaczęłyśmy marudzić. Że na czym świat stoi, że Czesi to dziady, bo nas nie chcą zabrać, że karolinowe wcześniejsze, stereotypowe podejście właśnie się potwierdziło, że czemu, kurde, Słowacy są tacy w porządku, a ten naród nie i że, kurde, stoimy tu jeszcze 15 minut, a jak nic się nie zatrzyma, to idziemy dalej przed siebie. To zadziwiające, ale za każdym razem, gdy mówiłyśmy sobie, że stoimy tu jeszcze 15 minut, po minucie ktoś się zatrzymywał i z szelmowskim uśmiechem pakowałyśmy się do samochodu, rade, że udało nam się oszukać przeznaczenie.

Facet, który nas zabrał jechał co prawda tylko kawałek za Brno, ale wyrzucenie nas na stacji przy autostradzie było bardzo pomocne, bo znowu mogłyśmy uskuteczniać zaczepianie ludzi. Oczywiście zaczepiałyśmy tylko facetów, bo gdy jest się dziewczynką, dużo szybciej dają się namówić na dwie dodatkowe towarzyszki podróży, nawet jeżeli nie jest im koniecznie po drodze. Nie wiem, dlaczego feministki nie wykorzystują tego triku w swoich staraniach o społeczną równość… A, już wiem! One po prostu są brzydkie ;).

Ponieważ mam postępującą sklerozę, nie pamiętam, gdzie wysadził nas ów jegomość z okropnie wygodnym samochodem (tak wygodnym, że Karolina odpłynęła), ale potem jechałyśmy z Węgrem, już prosto do Budapesztu, który ni w ząb nie znał angielskiego, a my jego języka (ani rosyjskiego), więc każdy mówił po swojemu, niezręcznie się uśmiechając, aż w końcu udało nam się ustalić, gdzie miałyśmy wysiąść. Przemiły pan przedarł się przez pół miasta, poświęcił nam swój cenny czas, a na końcu rozmówił z Lacim, który miał nas odebrać i lada moment byłyśmy na miejscu. Zalała nas taka fala wdzięczności, że zostawiłyśmy mu czekoladki w sfatygowanym opakowaniu, mając nadzieję, że jest z tych, którzy myślą, że liczy się wnętrze (naprawdę się liczy!). Noclegi w Budapeszcie zazwyczaj rezerwuję korzystając z wyszukiwarek, które bardzo ułatwiają sprawę, tym razem jednak postanowiłyśmy skorzystać z gościnności naszych przyjaciół.

7

Na stole u Laciego stanęła polska wódka, czeskie piwa i słowacka palinka. Spojrzałyśmy na siebie z Karoliną i już wiedziałyśmy, jak skończy się ta noc. Noc skończyła się o 6 rano, kiedy już zaczynało świtać, a my przemierzaliśmy Budapeszt na gapę i trafiła do pudełka na wspomnienia pt. Co wydarzyło się w Budapeszcie, zostaje w Budapeszcie. Dwie godziny później obudził mnie dźwięk dzwoniącego telefonu, który wcale nie był budzikiem. Wkurzyłam się i odrzuciłam połączenie, poirytowana czyimś chorym pomysłem, by dzwonić o tej porze. Nie zdążyłam przyłożyć głowy do poduszki, kiedy telefon rozdzwonił się znowu, więc go po prostu wyłączyłam. A kiedy się obudziłam, cholerny telefon zadzwonił po raz trzeci, odebrałam i usłyszałam w nim tajemniczy głos, który zapytał mnie, czy znam Pawła.

Jakiego Pawła? – zapytałam, próbując przypomnieć sobie, jakich Pawłów znam.
Pawła Jakiegośtam – odpowiedział głos. – Pisaliście ze sobą SMS-y.
Jakie SMS-y?! – zaczęłam się zastanawiać, robiąc w głowie rachunek sumienia, do którego z Pawłów, których znam pisanie SMS-ów byłoby niestosowne. Po drugiej stronie słuchawki rozszlochał się kobiecy głos.
Powiedz jej, no powiedz jej! – szlochnął kobiecy głos.
Pisałaś z Pawłem, a on ma narzeczoną i dziecko! – powiedział mi tajemniczy głos. Trybiki w mojej głowie zaczęły powoli działać i przypomniałam sobie, że poprzedniej nocy pisałam z Karoliną, która jadąc do Krakowa z Gdańska, SMS-owała do mnie z telefonu TIR-owca, który ją podwoził. A pisałyśmy sobie mniej więcej tak: Cześć! Nie wiem, o której będę. Być może bardzo późno. Och, nie szkodzi, że bardzo późno, ja tu na Ciebie czekam i bardzo się cieszę, że będziesz. Kupię wino i ubarwię Ci noc! Jestem już niedaleko. Do zobaczenia!
Eee… To może ja dam koleżankę, która pisała z numeru tego pana – spasowałam i dałam telefon Karolinie zastanawiając się, czy płacząca pipka zapytała wcześniej narzeczonego, o co chodzi, zanim zrobiła aferę. Przypuszczam, że wątpię.

Koło południa zwlekłyśmy się wreszcie z łóżka i ruszyłyśmy do miasta, by w jakimś przyjemnym miejscu kontemplować syndrom dnia następnego (a przynajmniej ja), nacieszyć się miastem i wydać ostatnie pieniądze.

8
9
10
11
13

Fot.: Karolina Słomska

Rano czekały na nas świeże bułki, domowy dżemor i jajecznica. Napełnione szczęściem płynącym z jedzenia (och, jakże mnie uszczęśliwia!) i ludzkiej dobroci, zapakowałyśmy podróżny dobytek i udałyśmy się na wskazaną ulicę, by dać się powieźć do Krakowa przez Bratysławę. Dlaczego do Krakowa przez Bratysławę, skoro z Budapesztu do Krakowa jest jedna, prosta droga? –  zapytacie. Otóż, nie wiem, dlaczego. Tak sobie ubzdurałyśmy. Ponieważ jednak mamy więcej szczęścia, niż rozumu, po chwili wymachiwania kartką zjawił się koło nas przemiły pan, który powiedział nam, że to zła droga, zaprosił do swojego samochodu i wywiózł na właściwą, opowiadając przy okazji, że sam zjeździł stopem całą Europę i że od Czechów gorsi są tylko Szwedzi. Nie jeździć stopem po Szwecji – zanotowałam w swoim małym móżdżku. Nie zdążyłyśmy nawet położyć porządnie plecaków na ziemi i przyjąć właściwiej, stopowej pozycji, kiedy zatrzymał się nam pierwszy samochód i podwiózł nas kilkadziesiąt kilometrów za miasto. Chciałam napić się wody. Ledwo odkręciłam butelkę, zatrzymał się TIR na tureckich rejestracjach i zgarnął nas obie, choć jest to zabronione. Kawałek dalej Karolina przesiadła się do innego TIR-a, a ja zostałam z facetem, który niestety nie mówił po angielsku, więc rozsiadłam się wygodnie i ekscytowałam się byciem w drodze. Z radia leciała arabska nuta, za oknem migały węgierskie zadupia, aż w końcu na horyzoncie ukazały się Tatry i byłyśmy już taaak blisko! Z granicy, gdzie wytoczyłyśmy się z TIR-ów, raz-dwa złapałyśmy podwózkę do kolejnej wiochy, a stamtąd już prosto do Krakowa, w efekcie czego byłyśmy na miejscu koło 18-tej, co jest niezłym wyczynem. Pod samą bramkę mojego bloku podrzucił nas chłopak zaczepiony na stacji paliw, który obiecał zawieźć Karolinę do Gdańska w ramach wolnej niedzieli, ale już więcej się nie odezwał. Zła karma do niego wróci!

Ten trip był fantastycznym pomysłem. Niesamowite jest to, że to było moje pierwsze spotkanie z Karoliną i chyba każda z nas bała się, jak będzie i czy się polubimy oraz czy się nie pozabijamy, jak zaczniemy się na siebie wkurzać, ale skoro myślimy o tym, by to powtórzyć… Nie mogę się już doczekać!

Nasza rozmowa, od której się w sumie wszystko zaczęło, do poczytania TUTAJ.